piątek, 21 listopada 2014

12


Można kochać kogoś tak bardzo, pomyślał, ale nigdy nie kocha się tak bardzo,
 jak bardzo się za nim tęskni



Żyliśmy więc, chociaż nie wiem, czy pierwsze słowo właściwie dobrze opisuje przebywanie w Neverland. Byliśmy tam, udawaliśmy, że wcale nie myślimy ciągle o rzeczach, których dowiedzieliśmy się od Rose i o tym, jak to jest umrzeć i nawet nie wiedzieć, że się umiera.
Wiele razy stykałam się z opisami śmierci, a okazało się, że wyobrażenia są zupełnie inne niż rzeczywistość. Mówią, że śmierć zmienia wszystko, w naszym przypadku zmieniła jedynie postrzeganie rzeczywistości, a to równie dobrze można uznać za niewielki procent tego, co działo się wokół.
Miałam do podjęcia decyzję, która zaważyć miała na całym moim życiu lub nieżyciu i chociaż z jednej strony chciałam wrócić, to coś mówiło mi, że tak naprawdę nic na mnie nie czeka, co w żaden sposób mi nie pomagało.
Nie do końca rozumiałam też zasady działania tego miejsca, ale pewnych rzeczy nie da się zrozumieć. Może nawet nie chciałam. Najdziwniejsze jest to, że nie czułam się...martwa. Czułam się bardziej żywa niż kiedykolwiek wcześniej i to sprawiało, że w mojej głowie panował ciągły chaos, przerywany spokojem jedynie wtedy, gdy zamykałam oczy i szłam spać. Próbowałam nie roztrząsać każdego elementu istnienia tutaj, chociażby tego, jakim cudem możemy używać telefonów albo po co właściwie chodzimy spać. Uznałam, że takie miejsca rządzą się własnymi prawami i jedyne, co nam pozostaje, to je zaakceptować. Nawet jeśli każdy nerw w moim ciele mówił mi, że to wszystko jest niemożliwe.
Zaczęłam też rozważać wersję, że tak naprawdę siedzę w zakładzie psychiatrycznym i Neverland jest tylko wytworem mojej wyobraźni, a ja oszalałam. Chociaż ktoś kiedyś powiedział, że tylko wariaci są czegoś warci na tym świecie, wiec może nie była to wcale taka negatywna opcja. Kto wie.
Mogłoby to wydawać się dziwne, ale prawie codziennie jak gdyby nigdy nic chodziłam do antykwariatu, spotykając się z Edem, który jednak był oszczędny w jakiekolwiek wyjaśnienia, chociaż już pierwszego dnia dał mi do zrozumienia, że Rose o wszystkim mu powiedziała.
- Wiem, że ty wiesz, że ja wiem, że... - zaczęłam od razu po wejściu do antykwariatu kilka dni temu.
- Powoli, Scarlett, mamy czas - przerwał mi Ed, jednak ton jego głosu był przyjazny, a na dodatek na jego twarzy malował się nikły uśmiech.
- Mamy czas?! - zrobiłam minę, która wyrażała moje zdezorientowanie i frustrację.
Ed przeszedł od regału do innych półek, by wcisnąć kilka książek na swoje miejsce tak, by były ułożone w odpowiednim porządku. Nie śpieszył się z udzieleniem mi odpowiedzi i niesamowicie mnie to irytowało, chociaż nie byłam w stanie gniewać się na niego chociaż przez sekundę.
Rozejrzałam się, spoglądając na zniszczone grzbiety starych woluminów, myśląc, jak mogły się tu znaleźć.
- Znam to miejsce lepiej niż ty, zaufaj mi po prostu - powiedział, wracając na swoje stałe miejsce za starym, drewnianym biurkiem, które jednocześnie pełniło funkcje lady.
- Czym właściwie jest Neverland, Ed? - zapytałam bezpośrednio, nie siląc się na żadnego rodzaju półśrodki.
Starszy pan westchnął i zdjął z nosa okulary, patrząc na mnie.
- Zaczynam żałować, że Rose was wtajemniczyła, zaczynasz zadawać zbyt wiele pytań, dziecko, a ja jestem zmęczonym starym próchnem i nie wiem, czy mam siłę na nie odpowiadać.
- Przepraszam, ja...
Ed roześmiał się, rezygnując ze swojej poważnej postawy i przybierając znowu twarz osoby, której możesz uwierzyć we wszystko, bo podświadomie wiesz, że mówi tylko prawdę.
- Lubię nazywać to miejsce Przystankiem. Nikt z nas nie wie, jak potoczy się jego życie i tak naprawdę składa się ono właśnie z takich przystanków. Neverland jest jednym z nich, a ja nie potrafię ci powiedzieć, czy później również nie kierujesz się do kolejnego. Wierzę, że życie i śmierć to tylko umowna kwestia, tak naprawdę to wszystko jest czymś o wiele więcej. Nie rodzimy się po to, by umrzeć, tylko po to, żeby zacząć piękną przygodę i patrzeć, gdzie zaprowadzi nas los. Czasami możemy się rozczarować, ale lubię myśleć, że prędzej czy później wszyscy znajdujemy coś szczególnego.
Nie miałam pojęcia, jak mam zareagować na słowa, które przed chwilą usłyszałam z ust Eda i prawdę mówiąc, on chyba wcale nie oczekiwał, bym to jakoś skomentowała, bo to nie potrzebowało komentarza.
Ed założył z powrotem okulary i wyrwał mnie z zamyślenia, kiedy teatralnym tonem powiedział, żebym tak nie stała, bo na zapleczu jest tysiące pudeł, które natychmiast potrzebują mojej interwencji, by nie mogły zamienić się w spróchniałe szczątki, które rozpadną się w pył, gdy tylko zdecyduję się ich dotknąć. Tak więc pomagałam Edowi aż do późnych popołudni, a potem zazwyczaj szłam gdzieś z Calumem. Czasami spacerowaliśmy w ciszy, bo nie musieliśmy rozmawiać, by dokładnie wiedzieć, o czym myśli druga osoba. Od tamtego czasu myśleliśmy tylko o jednym i było to zdecydowanie moje potencjalne odejście i zaprzepaszczenie wszystkiego, co się do tej pory między nami wydarzyło.
Cała ta historia brzmiała jak banalna opowieść miłosna, ale oboje czuliśmy, że tu chodziło o coś zupełnie innego, o coś więcej. Żadne z nas nie wracało do momentu, gdy się pocałowaliśmy, chociaż mogę się założyć, że nie było dnia, by Cal o tym nie myślał, bo ja robiłam to co mniej więcej trzy sekundy. I nie, nie był to element sprzyjający podjęciu decyzji o odejściu. Wręcz przeciwnie. Część mnie chciała tutaj zostać i gdy przebywałam z chłopakiem, ta część wygrywała.

Wracałam akurat z antykwariatu, idąc chodnikiem, który mógł wcale nie istnieć, obok mnie przejeżdżały samochody, które nie miały prawa tu być, mijając ludzi, o których wolałam nawet nie zaczynać myśleć, by nie widzieć w nich śmierci.
Jednak wtedy odezwał się dzwonek telefonu, jakimś cudem tutaj funkcjonującego. Odebrałam połączenie i po drugiej stronie usłyszałam głos. To była jedyna rzecz, do której prawdziwości nie miałam żadnych złudzeń.
- Cześć Scarlett.
- Cześć Calum.
- Skończyłaś już pracę - to nie było pytanie, a stwierdzenie, co nieco mnie dziwiło.
- Tak...
Jego głos była dziwnie wesoły i zastanawiałam się, co było powodem tej radości, jako że przez ostatnie dni chłopak raczej nie emanował entuzjazmem.
- Wiesz, gdzie są w tym mieście stare magazyny? - zapytał.
- Nie za bardzo - odparłam. - A co, ktoś cię w nich uwięził?
- Nieważne, w takim razie będziesz musiała zabrać się z Chelsea.
- Calum, o co do cholery... - zaczęłam, ale Calum zakończył rozmowę szybkim 'do zobaczenia' i rozłączył się.
Zaczęłam iść szybciej w stronę kamienicy, zamierzając zignorować w ogóle tę rozmowę, jako że Calum nie zamierzał chyba wyjaśniać mi czegokolwiek. Po powrocie do mieszkania wzięłam szybki prysznic i przebrałam się w jakieś świeże ciuchy, po czym wzięłam do ręki książkę i próbowałam po raz kolejny czytać tę samą historię, ale leżący obok mnie na materacu telefon, nie pozwalał mi się skoncentrować. W końcu uległam i zadzwoniłam do Chelsea, by po dwóch sygnałach usłyszeć jej dźwięczny głos.
- Scarlett! - krzyknęła wesoło.
Zaczęłam zastanawiać się, jak ona mogła trafić do Neverland, ale to chyba nie była najlepsza pora do rozmyślań na ten temat.
- Chelsea, wiesz może...
Nie zdążyłam dokończyć, bo Chelsea przerwała mi od razu. Co oni wszyscy mieli z tym przerywaniem mi w pół zdania.
- Jasne, Calum do mnie dzwonił, będę u ciebie za godzinę.
Ona także nic więcej mi nie wyjaśniła, rozłączając się i zostawiając mnie tak samo zdezorientowaną jak pięć minut temu.
W pierwszym odruchu chciałam powiedzieć im, żeby pieprzyli się z takimi niedopowiedzeniami, ale moja wrodzona ciekawość była zbyt silna.

Chelsea czekała na mnie w swoim samochodzie, stukając palcami w kierownicę w rytmie jakiejś piosenki, która leciała z głośników.
- Możesz mi powiedzieć chociaż po co jedziemy do tych magazynów? - zapytałam od razu, gdy wsiadłam do środka.
- Uhm...nie - uśmiechnęła się i odpaliła silnik.
Westchnęłam i już nie próbowałam dowiedzieć się czegokolwiek, bo najwyraźniej i tak nie miałam dostać odpowiedzi.
- A walić to - powiedziała nagle, spoglądając na mnie. - Obiecałam Calumowi, że nie powiem ci nic o dzisiejszym wieczorze, ale nie mówiłam nic o wspominaniu starych wydarzeń.
Była wyraźnie z siebie zadowolona, jakby właśnie wynalazła nowe twierdzenie matematyczne.
- Znasz Ashtona, tego chłopaka, który pracuje na stacji z Calumem, prawda? - zapytała, a ja tylko przytaknęłam. Gdyby on sam usłyszał własne imię z jej ust, chyba by zemdlał albo stałoby się coś jeszcze innego...Uśmiechnęłam się na samą myśl, karcąc się w głowie za tak głupie myśli.
- Jakiś czas temu mieliśmy mały problem z załatwieniem muzyki na jakąś imprezę, więc on i dwóch innych chłopaków z naszej szkoły wpadli na pomysł, że sami zagrają. Nikt w nich nie wierzył, ale kiedy już wyszli na scenę, oh, zastanawiałam się, czy te stare ściany wytrzymają.
- Co stało się potem? - zapytałam szczerze zainteresowana.
- Już nigdy więcej nie wystąpili razem. Częściowo dlatego, że nie było okazji, a poza tym podobno w ich brzmieniu czegoś brakowało, z tego co słyszałam, sami tak twierdzili.
Układając sobie w głowie wszystko, co mówiła Chelsea, domyśliłam się, że Calum po prostu zabiera mnie na jakiś koncert ze względu na to, że gra tam Ashton.
- Jesteśmy - powiedziała Chelsea, wjeżdżając między martwe szare budynki, które wyglądały jak wielkie prostopadłościany pozostawione tutaj i zapomniane.
Przy wejściu do jednego z nich stał jakiś młody chłopak, który po kilku słowach zamienionych z moją towarzyszką wpuścił nas do środka. Okazało się, że musimy z Chelsea zejść po schodach do podziemnego pomieszczenia, które wyglądało jak średniej wielkości pusta przestrzeń. Ściany były pokryte różnymi napisami i wzorami graffiti.
- Gdzie mamy się spotkać z Calumem? - powiedziałam głośno, by przebić się przez inne głosy ludzi, którzy wypełniali pomieszczenie niemal po brzegi.
Chelsea nie odpowiedziała mi, tylko dalej prowadziła ku miejscu, które zapewne było przeznaczone na prowizoryczną scenę.
Stanęłyśmy prawie na początku tłumu, bo wszyscy przepuszczali Chelsea, a ona tylko posyłała im pełne przyjaźni uśmiechy. Jej nie dało się nie lubić.
Rozglądałam się po nieznanych mi twarzach, chociaż niektórych kojarzyłam z ostatniego ogniska w domku nad jeziorem. Oni wszyscy rozmawiali jak gdyby nigdy nic, bawili się, kilka par stało pod ścianą całując się, jakby nic innego się nie liczyło.
Jeśli wtedy u Rose miałam wątpliwości, czy nie warto byłoby powiedzieć im wszystkim prawdy, w tamtym momencie byłam już pewna, że nigdy nie mogą się jej dowiedzieć. Jaki jest sens przerywania takiego szczęścia cierpieniem?
Patrzyłam na ludzi, szukając w tłumie znanych mi brązowych oczu, ale nigdzie nie mogłam dostrzec Caluma.

W końcu nagle wszystkie światła zgasły, a nikłe wiązki czerwonego reflektora oświetliły scenę, rozpraszając światło na miliony kawałeczków.
Chociaż stałyśmy z Chelsea naprzeciwko tuż obok samej sceny, nie mogłam w mroku dostrzec dokładnie postaci, które się na niej pojawiły.
Po chwili jednak przez salę przeszły pierwsze mocne uderzenia w bęben perkusji, a ja usłyszałam słowa pierwszej piosenki.
- Life can be so hard to breathe when you're trapped inside a box...
Znałam ten głos. Znałam to uczucie w brzuchu, gdy słyszałam głębokie dźwięki wydobywające się spod palców osoby, która grała na gitarze basowej. Jednak dotarło to do mnie dopiero wtedy, gdy blondyn, którego widziałam po raz pierwszy zaczął śpiewać refren i scena rozświetliła się całkowicie, ukazując cały zespół w całej okazałości.
Osoby, której szukałam w tłumie nie było tam, bo stała przede mną na scenie, patrząc prosto w moją stronę, wtedy gdy jej oczy były otwarte.
Calum był zupełnie inny na scenie niż wtedy, gdy po prostu razem spacerowaliśmy czy siedzieliśmy na dachu. Teraz, gdy wczuwał się w to, co robił, nie sposób było się w niego nie wpatrywać.
Gdy skończyli grać pierwszą piosenkę, blondyn z kolczykiem w wardze podszedł do mikrofonu i objął go obiema dłońmi.
- Wow, dużo was - wykrztusił najpierw, powodując salwę śmiechu, która przetoczyła się po sali. - Mam na imię Luke...
- Zamknij się, Luke - przerwał mu stojący obok niego chłopak z ogniście czerwonymi włosami w koszuli w kratę, ponownie rozśmieszając publiczność. - Każdy wie jak się nazywamy, więc po prostu zaczniemy grać i mamy nadzieję, że wam się kurewsko spodoba ludzie!
Odpowiedzią na te słowa był zbiorowy krzyk, który połączył się z początkiem kolejnej piosenki. Zastanawiałam się, kiedy znaleźli czas na próby, pisanie tekstów, ale wtedy zupełnie mnie to nie obchodziło, bo muzyka i atmosfera pochłonęły mnie całkowicie. Czułam, że byłam częścią tłumu i wszystkiego, co mnie wtedy otaczało.
Ashton uderzał w perkusję, jakby od tego zależało jego życie, a gdy spojrzałam na Chelsea, widziałam, że jest tym oczarowana. Ich muzyka była dobra, bo oni czuli się dobrzy.
Przed niektórymi piosenkami któryś z nich mówił coś na wstępie i kiedy mieli zagrać ostatni już kawałek, przyszła pora na Caluma. Nieśmiało podszedł do mikrofonu i spuścił wzrok zanim cokolwiek powiedział, ale po chwili wyprostował się i zaczął mówić.
- Czasami znajdujemy coś, co czyni nas szczęśliwymi i trudno nam to wypuścić z rąk, chociaż wiemy, że musimy. To może boleć, możemy tęsknić, ale jedno jest pewne. Jeśli na czymś bardzo nam zależy, to nigdy o tym nie zapomnimy.
Zanim światła zdążyły przygasnąć, zdążyłam uchwycić spojrzenie jego brązowych oczu skierowane wprost na mnie. Na scenie były wtedy jeszcze trzy inne osoby, wokół mnie stało ich jeszcze więcej, ale w tamtym momencie wydawało mi się, że stoję w tym pomieszczeniu sama z Calumem. Wydawało mi się, że w jego oczach dostrzegłam jakiś błysk, może łzy, ale równie dobrze mógł być to jakiś pojedynczy odblask.
Piosenka była smutna, ale jednocześnie miałam wrażenie, że jest w niej jakaś nadzieja. Początek należał do Luke'a, któremu trzeba było przyznać, że był tak samo dobrym wokalistą, jak gitarzystą. Potem przyszła pora na Caluma i wydawało mi się, że jego głos jakby się załamał, gdy z jego ust wypłynęły słowa w drugiej zwrotce I wish you didn't have to be gone.
Nagle, gdy muzyka przycichła, a czerwone światło reflektora zostało skierowane bezpośrednio na Caluma, podniosłam wzrok i wpatrzona w niego chłonęłam kolejne słowa tekstu piosenki, który czułam tak samo dobrze, jak słyszałam.
- And I know I shouldn't tell you but I just can't stop thinking of you...
Poczułam, jakby moje własne serce zostało w tamtym momencie otulone ciepłą głębią jego głosu.
Ja też nie zapomnę Calum. Ja też.



***

(*Tak wiem, że w tekście jest I didn't have to be gone, ale mała zmiana na potrzeby fanfiction.)
Cytat z 19 razy Katherine.
Ciągle zastanawiam się, jak długie wyjdzie mi to opowiadanie i mam nadzieję, że napiszę około dwudziestu rozdziałów, bo prawdę mówiąc, lubię je pisać. Może nie jest popularne, może nie jest najciekawsze, ale pisanie go sprawia mi przyjemność, a o to chyba właśnie chodzi, prawda?
Ostatnio pod rozdziałem było chyba najwięcej komentarzy jak dotychczas, za co bardzo dziękuję ♥

Love you guys, M. (@IRWINFLEX)

PS Jak chcecie to tweetujcie coś z hashtagiem #neverlandff, postalkuję chętnie!

czwartek, 13 listopada 2014

11



People fall in love in mysterious ways

Maybe just the touch of a hand


- To trochę długa opowieść - zaczęła Rose, niepewnie patrząc na nas, jakby nie wiedziała, czy może nam zaufać.
- Mamy czas - usłyszałam obok głos Caluma, który zabrzmiał, jakby chłopak miał w gardle coś, co utrudniało mu wydobywanie z siebie jakichkolwiek dźwięków.
Jego ręka mocniej ścisnęła moją, pozwalając mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Chociaż tego nie byłam do końca pewna.
- Nie patrzcie na mnie, jakbym była chora psychicznie - poprosiła Rose, czując na sobie nasze niepewne spojrzenia. Popatrzyliśmy po sobie z Calumem i oboje chyba myśleliśmy o tym samym, czy przypadkiem nie lepiej byłoby wtedy wyjść z pokoju, zadzwonić po psychiatrę i zapomnieć o tym chorym dzienniku. Jednak tego nie zrobiliśmy, może dlatego, że podświadomie wiedzieliśmy, że Rose jest przy zdrowych zmysłach. Ktoś inny mógłby nie dopuszczać do siebie jakichkolwiek możliwości, których nie dało się logicznie wytłumaczyć. My mogliśmy.
Rose wstała i upewniła się, że drzwi są zamknięte, a w barze nie ma nikogo oprócz nas. Na chwilę zapadła niezręczna cisza, którą przerwał jej spokojny głos, kiedy zaczęła opowiadać historię, która zmieniła wszystko.
- Nie wiem od czego zacząć, wiem też, że będziecie mieć wiele pytań, możecie też chcieć wyjść w trakcie, ale proszę was tylko o to, żebyście wysłuchali do końca i zachowali otwarte umysły.
Skinęliśmy głowami, bo nie mieliśmy nic do stracenia.
- Nikt tak naprawdę nie wie, jak trafia się do tego miasta...do tego miejsca. Może wydawać się, że sami wybieramy tę drogę i jest w tym trochę prawdy. Czas płynie tu nieco inaczej, bo rządzi się własnymi prawami. Scarlett, jesteś tutaj niedługo, Calum dłużej, ale nawet on zapewne nie zauważył, że nigdy nie zwracał uwagi na to, jaki akurat był dzień tygodnia, czyż nie? - zwróciła się z pytaniem do chłopaka, który tylko siedział wsłuchany w ton jej głosu.
- Znaczenie mają tylko lata, kiedy tu przybywamy, reszta jest po prostu dalszą częścią życia, jeśli w ogóle można to tak nazwać. Trafiają tu ludzie, którzy czegoś szukali, ale nie mogli znaleźć w swoim ówczesnym życiu. Przybywają tutaj, najczęściej jako ludzie w waszym wieku, by dojrzeć, cieszyć się przez jakiś czas tym, czego nie można było odnaleźć nigdzie indziej i w końcu odejść.
- Umrzeć? - wyrwało mi się.
Rose tylko uśmiechnęła się, ale nie był to uśmiech, który mógł mi udzielić odpowiedzi.
- Byłam w twoim wieku, gdy przybyłam do miasta. Teraz już nawet nie pamiętam, jak dokładnie przebiegała moja podróż tutaj, chociaż pamiętam wszystko, co stało się wcześniej, ale o tym później. Niemal od razu spotkałam Eda, pomógł mi się odnaleźć. Jest jedyną osobą, która jest tutaj bez względu na wszystko. Lubię nazywać go dobrym duchem tego miejsca, ale wydaje mi się, że tak naprawdę stał się kimś o wiele ważniejszym. Kilka dni po mnie, razem z Edem zobaczyliśmy ciemnowłosego mężczyznę, który snuł się bez celu po mieście. Jacob Moore od razu stał się naszym przyjacielem, takie po prostu miał usposobienie, wszyscy zdawali się go lubić. Wszyscy, prócz jego samego. Nie potrafił uwierzyć w siebie, może właśnie to doprowadziło go do miasta. Wtedy jeszcze nie wiedziałam niczego, więc po prostu spędzałam z nim czas, aż w końcu zakochaliśmy się.
Rose przerwała na chwilę, pogrążając się w natłoku wspomnień, które próbowała uporządkować sobie w głowie.
- Dopiero po dłuższym czasie Ed powiedział mi i Jacobowi o wszystkim, tak ja ja teraz mówię wam. Ja także nie chciałam w to uwierzyć, bo trudno uwierzyć ludziom w coś, co nie da się logicznie wytłumaczyć. Łatwiej będzie mi to przedstawić na przykładzie Jacoba, niż swoim. Mówiłam, że nie wierzył w siebie, ale tak naprawdę to było coś więcej. Nienawidził siebie, do tego stopnia, że kiedy w drodze donikąd zatrzymał się w jakimś małym motelu i - głos Rose zaczął delikatnie drżeć, ale kobieta próbowała zatuszować to nikłym uśmiechem - wypił jakąś mieszankę, którą nielegalnie kupił w szemranym sklepie gdzieś daleko.
Problemy są jak bakterie, niezależnie od czasów, potrafią się przystosować i ewoluują, mają jednak tę przewagę, że na bakterie człowiek potrafi wynaleźć w końcu lek, a na problemy nie.
Jacob twierdził, że obudził się później, ale to nie było to, co stało się naprawdę. Umarł w tym motelu, gdzieś pośrodku niczego.
- Więc w jaki sposób on... - wtrącił Calum, ale Rose uciszyła go gestem dłoni.
- Gdy Ed powiedział mu o tym, że tak naprawdę nie żyje, oboje odwróciliśmy się od niego, nie pozwalając mu wytłumaczyć czegokolwiek. Przecież dorastaliśmy, starzeliśmy się, wszystko było normalne. Wtedy spakowaliśmy się i ruszyliśmy przed siebie, czekając, aż jakiś powóz będzie przejeżdżał, ale się nie doczekaliśmy. Kręciliśmy się w kółko, nie mogąc wydostać się z miasta i właśnie wtedy uwierzyliśmy. Utknęliśmy gdzieś pomiędzy, ale wkrótce zrozumieliśmy, że to nie było przekleństwo. Czasami trzeba po prostu zaakceptować to, co się dzieje, a nie z tym walczyć. Wtedy wszystko staje się o wiele łatwiejsze.
- Chcesz powiedzieć, że my... - zaczął Cal.
- Nie skończyłam - powiedziała Rose, stanowczo, ale nie z urazą.
Siedziałam nie mówiąc nic, przetwarzając natłok informacji, które kolidowały z jakimkowiek logicznym myśleniem, jakim zawsze kierowałam się w życiu.
- Jacoba już nie ma. Odszedł, jak wiele innych przed nami. Miasto istniało, istnieje i będzie istnieć. Przybywamy tu, odnajdujemy coś i wtedy możemy w końcu przenieść się gdzieś, do miejsca, o którym nikt nie wie. Może potem nie ma już nic, może jest wieczność, może kolejne miasto. To jest tylko przejście, pewien etap, zawieszona między światami rzeczywistość.
- Więc to koniec? - zapytałam, nie myśląc o tym, że Rose mogła nas okłamać albo być chora psychicznie. Podświadomie jej wierzyłam, chociaż nie miałam pojęcia dlaczego. Po minie Caluma domyśliłam się, że on też zadawał sobie raczej pytanie 'dlaczego?', a nie mówił 'to niemożliwe'.
- Zależy co uznajesz za koniec. Według mnie to dopiero początek.
- Jakim cudem śmierć może być początkiem? - odparł cicho Calum zachrypniętym głosem.
Rose uśmiechnęła się, ale uśmiech z jej twarzy zniknął kilka chwil później, gdy powiedziała nam coś jeszcze. Zwróciła się raczej do mnie, chociaż patrzyła na nas oboje.
- Czasami pojawiają się dwa wyjścia.
Popatrzyliśmy odruchowo z Calumem na siebie nawzajem.
- Zdarza się, że niektórzy wracają do poprzedniego życia, gdy można ich jeszcze uratować. Jednak to ty decydujesz, czy chcesz wrócić.
Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie czymś ciężkim w głowę. W pierwszym momencie pomyślałam, że jak najszybciej chcę się stąd wydostać, jakkolwiek by to nie brzmiało, ale potem w mojej głowie pojawił się drugi głos. Głos, który mówił mi, że tak naprawdę nie mam do czego wracać.
- Masz jeszcze czas na decyzję - uprzedziła mnie Rose.
- Jak długo?
- La tempesta - odparła Rose niezrozumiale. - To po włosku burza. Gdy pogoda zacznie się psuć, to znak, że miasto będzie oczekiwało od ciebie decyzji.
- Ile to dni? - wtrącił Calum.
- Trudno określić. Jeśli podejmiesz decyzję, zwróć się do mnie albo Eda.
Rose wstała i odwróciła się tyłem do nas, by móc przez szpary w żaluzjach obserwować przechadzających się na zewnątrz ludzi.
- Ktoś jeszcze wie o tym wszystkim oprócz was? - zapytał Cal.
- Tylko wy. Chyba nie muszę wam mówić, że chciałabym, byście zatrzymali te wszystkie informacje dla siebie.
- Nie sądzisz, że oni wszyscy mają prawo wiedzieć? - spytał chłopak z delikatną pretensją w głosie.
- Nie - odezwałam się nagle, szybciej niż pomyślałam w ogóle, że może nie powinnam się odzywać.
Calum i Rose spojrzeli jednocześnie na mnie, oczekując dalszej części mojej wypowiedzi.
- Skoro ci ludzie...skoro oni czegoś szukali i mieli odnaleźć to tutaj, pozwólmy im to zrobić. Pozwólmy im być szczęśliwymi.



Szliśmy z Calumem obok siebie poboczem drogi w stronę centrum, a każde z nas myślało o tym, jak przekonać swój mózg do tego, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Chłopak trzymał w garści kilka małych kamieni i co chwila rzucał nimi przed ciebie. Marszczył brwi, jakby to wszystko nieco do przerastało i wcale się nie dziwiłam, bo czułam dokładnie to samo.
- Więc... - zaczął.
Zatrzymałam się.
- Co zamierzamy z tym zrobić? - zapytałam.
- Nie wiem jak ty, ja zamierzam udawać, że to się nie wydarzyło.
Przewróciłam oczami i otworzyłam usta ze zdumienia.
- Ty tak na serio? - niemal krzyknęłam.
- Czego ode mnie oczekujesz, Scarlett?! Że nagle zacznę brać w tym wszystkim udział? Dziękuję bardzo. Wystarczy mi życie...czy cokolwiek to jest, ze świadomością, że umarłem.
Milczałam przed chwilę, próbując znaleźć słowa, które mogłyby wyrazić to, co wtedy czułam. A czułam jednocześnie wszystko i nic.
- Przepraszam - szepnęłam.
- Za co?
- Za to, że cię w to wciągnęłam. Za to, że zniszczyłam ci cały pobyt tutaj, jakkolwiek dziwnie to nie brzmi. Przepraszam.
- To wszystko nie ma sensu - powiedział Calum, siadając na jakimś powalonym konarze drzewa na poboczu.
- Może wręcz przeciwnie.
Siadłam obok niego. Tym razem to ja złapałam go za dłoń, dodając mu otuchy tak samo, jak zrobił to on, gdy byliśmy u Rose.
- Nie rozumiem, jak możesz się jeszcze zastanawiać nad tym, czy chcesz tu zostać - powiedział nagle.
- Nie mam do czego wracać. A skoro Rose twierdzi, że przybywamy tu, by coś znaleźć, to chyba warto zostać i poszukać.
Spojrzałam na niego, gdy patrzył przed siebie, na las po drugiej stronie drogi, która prowadziła donikąd.
- Zamierzasz powiedzieć Ashtonowi? - zapytałam, a chłopak tylko pokręcił głową.
- Wygląda na to, że mamy wspólną tajemnicę - odparł.
- Chodź - powiedziałam, wstając i biorąc Caluma za rękę, ciągnąc go ze sobą.
Ruszyłam w stronę lasu, wchodząc na jedną ze ścieżek. Nasze buty odbijały się od pokrytego miękkim mchem podłoża, w miarę jak wchodziliśmy w gęstwinę liści i gałęzi.
Nie odzywaliśmy się, ale nie puszczałam dłoni Caluma, więc wiedziałam, że wciąż jest obok mnie.
W końcu wyszliśmy na polanę i zatrzymaliśmy się oboje. Bez namysłu położyłam się na zimnej trawie. Zastanawiałam się, czy to w ogóle możliwe, że coś czuję, ale tak bez wątpienia było.
Calum poszedł w moje ślady, kładąc się obok.
- Wiesz, co jest najgorsze? - zapytał retorycznie, po czym odpowiedział sam sobie. - Nie pamiętam momentu umierania, ale wiem, że to nie był wypadek. Byłem jak Jacob, tylko użyłem innego sposobu.
Przesuwałam palcami między źdźbłami trawy, aż natrafiłam na ciepłą dłoń leżącą obok.
- Nie musisz o tym myśleć.
- Nie potrafię o tym nie myśleć.
Obróciłam się na bok i podparłam głowę ręką.
- Czasami lepiej wyrzucić wszystko z siebie - szepnęłam.
Calum przekręcił głowę i spojrzał na mnie, po czym przybrał taką samą pozycję jak ja, byśmy mogli być naprzeciwko siebie.
- Spójrz na pozytywne strony - powiedziałam. - Owszem, nie możesz wyjechać, utkwiłeś tu już do końca, ale z drugiej strony - nie masz już nic do stracenia. Możesz żyć jak gdyby nigdy nic się nie stało, może to na tym polega urok tego miejsca.
- Jesteś niesamowita, naprawdę potrafisz myśleć teraz o pozytywach?
- Zamartwianie się i roztrząsanie tego w kółko nic ci nie da - powiedziałam stanowczo.
- Masz inny pomysł?
Uśmiechnęłam się i usiadłam po turecku.
- A co jeśli pomożemy sobie nawzajem? Co jeśli ja pomogę ci znaleźć to, czego szukasz, a ty pomożesz mi podjąć decyzję.
- Przecież znasz moje zdanie, powinnaś uciekać stąd jak najszybciej, póki jeszcze możesz.
- Już raz uciekłam, może nie warto robić tego po raz kolejny.
Calum podniósł się i nerwowo zaczął skubać trawę, odrywając kolejne źdźbła i rzucając je na ziemię.
Wyciągnęłam w jego stronę otwartą dłoń.
- Zgoda?
Patrzył się niepewnie przez chwilę, ale uścisnął moją rękę.
- Zgoda. Więc jak właściwie chcesz to zrobić? To całe szukanie, znajdowanie, cokolwiek - zapytał, a ja w sumie nie wiedziałam, jak mam mu na to odpowiedzieć.
- Spróbujemy znaleźć coś, co sprawi, że będziesz szczęśliwy. Coś, co pozwoli ci zapomnieć.
Calum wbił we mnie swój wzrok, nie mówiąc ani słowa. Patrzyłam na jego ciemnobrązowe tęczówki, próbując się oderwać, ale coś mi na to nie pozwalało.
- Chyba wiem, co mogłoby mi pomóc - odezwał się po chwili.
Spojrzałam na niego zaciekawiona i wtedy wszystko rozegrało się tak szybko, że nie zdążyłam nawet zapytać. Calum położył swoją dłoń na moim policzku i delikatnie przysunął mnie do siebie tak, że mogłam poczuć jego zapach i ciepły oddech na mojej skórze. Jego usta złączyły się z moimi a ja zamiast zaprotestować, przylgnęłam jeszcze bardziej do niego i odwzajemniłam pocałunek, nie zwracając uwagi na lekki wiatr, który zaczął zrzucać pojedyncze liście z drzew, które teraz wirowały spadając wokół nas.
Może wtedy dotarło do nas, że wcale nie będziemy musieli szukać. Może już wtedy zrozumieliśmy, że znaleźliśmy to, po co tutaj przybyliśmy.




Widzicie, mówiłam, że ich nie zabiję. Rozdział jest wcześniej, bo jutro jadę na wycieczkę i wrócę dopiero w nocy.
Cytat z piosenki Eda, Thinking out Loud. Ostatnio było koło trzydziestu głosów na wattpadzie, czyli czyta mnie tyle osób, ile jest w mojej klasie mniej więcej, nice. Po Neverlandzie prawdopodobnie znikam, chyba że zdarzy się jakiś cud i zmienię zdanie. Miłego weekendu, do zobaczenia kochani.
PS Chciałabym jeszcze raz podziękować wszystkim, którzy czytają to głupie fanfiction, jesteście cudowni.
PS 2 Komentarze naprawdę mile widziane, strasznie mnie cieszy każde słowo od was i bardzo się z nimi liczę.

piątek, 7 listopada 2014

10




Prawda zawsze ukrywa się w fikcji


- Żartujesz, prawda? - usłyszałem z jej ust, gdy podzieliłem się moimi przemyśleniami.
- Jasne, że żartuję, przecież naprawdę RH to Robin Hood, jakie to proste - odgryzłem się.
Scarlett przewróciła oczami i spojrzała na mnie, marszcząc brwi i przygryzając wargę.
- To miasto naprawdę jest małe - powiedziała.
Ale cofnijmy się trochę, do momentu, gdy wieczorem otworzyłem pierwsze strony pamiętnika tajemniczego mężczyzny i kolejne wyrazy, łączące się w zdania, zaczęły przepływać przez mój mózg, rysując w mojej głowie historię, o której wcześniej śladowo opowiedziała mi Scar. Sądziłem, że to dobry pomysł, bym również przeczytał dziennik, jako że druga osoba zawsze zwraca uwagę na coś innego, co mogłoby nas przybliżyć do określenia tożsamości właściciela tajemniczego zeszytu.
Widać było, że specjalnie opisy miasta przeważały nad jego własnymi przemyśleniami, jednak po dokładnym wczytaniu się także w niedosłowne sensy, pozwoliło mi dostrzec także drugą warstwę, w której opisywał swoje uczucia. Uczucia do kobiety o inicjałach RH.
Początkowo podobnie jak dziewczyna stojąca naprzeciwko mnie, nie miałem pojęcia, kim mogłaby być jego ukochana, bo wyraźnie można było wyczytać, że darzył ją specjalnym uczuciem.
Gdy skończyłem czytać ostatnią urwaną w połowie stronę, zamknąłem dziennik i odłożyłem go na fotel, ale nie mogłem iść spać, bo historia tajemniczego mężczyzny nie dawała mi spokoju. Próbowałem położyć się i zasnąć, ale nawet słuchanie muzyki nie pozwalało mi się zrelaksować. Zacząłem żałować, że w ogóle poprosiłem Scarlett o pożyczenie mi dziennika.
Z braku ciekawszego zajęcia, którym mógłbym oderwać się od nieustannych myśli, postanowiłem zacząć porządkować stare papiery, które walały się w szufladach. Wyjąłem pogniecione druki i po kolei przyglądałem się im, kwalifikując je albo na jedną kupkę, która miała znaleźć się potem w śmieciach i drugą - czyli te papiery, które mogły się jeszcze przydać.
Po chwili natrafiłem na jedną z faktur, które co miesiąc wystawiała mi właścicielka kamienicy. Kwota nie była wielka, ale nie żebym narzekał. Bardziej niż cyfry zainteresowało mnie imię i nazwisko, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale wcześniej nie przyszło mi do głowy, by o nim pomyśleć.
Rose Heartful
Gdy podzieliłem się już moją teorią ze Scarlett, widziałem, że w jej głowie również zaświeciła mała żaróweczka.
Teraz pozostawało tylko połączyć Rose z właścicielem pamiętnika.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytałem dziewczynę.
- A co oczekujesz, że zrobię? Możemy zostawić dziennik w antykwariacie i zapomnieć o nim albo drążyć temat. Oboje wiemy, że to pierwsze raczej na pewno odrzucamy.
Pokiwałem głową ze zrozumieniem.
- Musimy spotkać się z Rose - powiedziałem zdecydowanie.
Scarlett spojrzała na mnie zdziwionym wzrokiem.
- Tak? I co powiemy? Hej, Rose, znaleźliśmy i przeczytaliśmy pamiętnik twojego byłego chłopaka, męża, kogokolwiek i chcielibyśmy wiedzieć kim jest. Tak to widzisz?
- Kiedy mówisz to w ten sposób...
Dziewczyna skrzyżowała dłonie na ramionach. Kiedy dzwoniłem do niej, nie pomyślałem, że noc to nie najlepsza pora na rozwiązywanie jakichkolwiek zagadek i problemów, które z nich wynikają.
- Pojedźmy do niej rano, poproszę Ashtona, żeby nas podwiózł do baru Rose - zaproponowałem.
- Jesteś pewien, że nie powinniśmy zostawić po prostu tego głupiego dziennika w spokoju?
Pomyślałem chwilę, rozważając za i przeciw, po czym podniosłem wzrok i popatrzyłem prosto w oczy Scarlett.
- Tak. Jestem pewien.
- OK - powiedziała, po czym uśmiechnęła się i z udawaną złością w głosie dodała - Powinnam cię udusić za to, że prawdopodobnie dziś już nie zasnę mocnym snem.
Wiedziałem, że ja też nie wyśpię się tej nocy tak dobrze, jakbym tego chciał, a wtedy mój wzrok padł na stary telewizor i odtwarzacz kaset VHS. W głowie zaświtał mi pewien pomysł, chociaż drugi głos podpowiadał mi, żebym po prostu powiedział Scarlett dobranoc i próbował jednak pójść spać.
- Nie chcesz może zostać i coś obejrzeć? - zapytałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
Cholera Calum, co ty robisz.
Scarlett wzruszyła ramionami i opadła na jeden z foteli stojących przez starym telewizorem.
Stałem jeszcze chwilę zdezorientowany, gdy odwróciła głowę i powiedziała:
- No to co ciekawego masz mi do zaoferowania?


Po godzinie oglądania jakiegoś filmu, który akurat wpadł mi w ręce, dziewczyna zamknęła oczy i zaczęła zapadać w sen, więc postanowiłem wyłączyć odtwarzacz. Po cicho zabrałem z łóżka cienki koc i okryłem ją delikatnie. Poruszyła się niespokojnie przez sen, kiedy niechcący dotknąłem dłonią jej nagiego ramienia.
Sen nie był jednak dla mnie tak samo łaskawy, jak dla Scarlett i chociaż wiedziałem, że jutro będę przypominał zombie, to i tak pójście spać nie wchodziło w grę.
Popatrzyłem na gitarę leżącą obok łóżka i śpiącą dziewczynę, po czym stwierdziłem, że dźwięki basu nie będą na tyle ostre, by ją obudzić.
Usiadłem na łóżku i zacząłem szarpać struny, a spod moich palców wypływała pomrukami melodia, której nie znałem, bo nuty przychodziły mi do głowy spontanicznie. Nie zorientowałem się, kiedy obok mnie usiadła Scarlett, przyglądając się, jak gram.
Przestałem wprawiać struny w ruch na krótką chwilę.
- Przepraszam, że cię obudziłem...
- Nie przerywaj - poprosiła.
Grałem jeszcze chwilę, ale obecność dziewczyny rozpraszała mnie, chociaż nie wiedziałem dlaczego. Chociaż może wiedziałem, ale nie chciałem dopuścić do siebie tej świadomości.
- Gdzie nauczyłeś się tak grać? - zapytała.
Wzruszyłem ramionami.
- Nigdzie, po prostu dostałem na któreś urodziny gitarę i zacząłem torturować struny.
- Skoro to nazywasz torturowaniem...
- Grasz na czymś? - spytałem.
- Nigdy nie byłam dobra z muzyki - odparła, kręcąc głową.
- Spróbuj - powiedziałam, podając jej gitarę.
Wzięła ją ostrożnie, opierając na jednym kolanie i układając dłoń na górnej części gryfu.
Przesunąłem się nieco, bym mógł objąć ją ramieniem z tyłu i pomóc ułożyć odpowiednio palce na strunach. Chyba jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko obok siebie i to sprawiało, że zaczynało mi być gorąco.
- Spróbuj szarpnąć delikatnie struny - poinstruowałem ją.
Pierwsze dźwięki były dość urwane, ale skoro Scarlett grała pierwszy raz to i tak nieźle jej poszło.
Swoimi dłońmi nakrywałem jej, prowadząc palce po strunach, z których teraz, z moją pomocą, wydobywała się czysta, głęboka melodia.
- Dlaczego bas, a nie zwykła gitara? - zapytała, gdy przestaliśmy grać, a ja odłożyłem instrument na prowizoryczny stojak.
Nigdy nad tym nie myślałem, ale chyba podświadomie znałem odpowiedź.
- Gitary basowej tak naprawdę nie słyszysz. Ty ją po prostu czujesz, to sprawia, że jest tak wyjątkowa. Melodia bez basu to jak ciało bez duszy.
Przez chwilę oboje milczeliśmy, po czym Scarlett zdecydowała, że lepiej będzie, gdy wróci jednak do siebie, bo nam obojgu przyda się jednak trochę odpoczynku przed jutrzejszym dniem. Nie protestowałem, chociaż z drugiej strony szkoda było mi przerywać tę chwilę, bo było w niej coś wyjątkowego.



Wychodząc na zewnątrz, uderzyły we mnie ciepłe promienie słoneczne, które dopiero jakiś czas temu zaczęło wschodzić nad widnokrąg. Jakie to dziwne, że trzeba przemóc się, by wstać wcześnie, żeby zobaczyć coś tak pięknego. Myślę, że ludzie nie doceniają piękna, jakie drzemie we wschodach i zachodach słońca. W końcu to ono nadaje naszemu życiu rytm i co więcej, robi to z niesamowitą gracją, zmieniając co chwilę odcienie czerwieni, pomarańczu i złota.
Podeszłam do samochodu, w którym widziałam siedzącego na miejscu pasażera Caluma i Ashtona jako kierowcy.
- Cześć chłopaki - rzuciłam, usadowiając się z tyłu.
- Cześć Scarlett. Cześć dziewczyno mojego najlepszego przyjaciela - powiedzieli jednocześnie, z tym że pierwsza kwestia należała do Caluma, a druga do Ashtona.
- Nie zwracaj na niego uwagi - rzucił ten pierwszy, kręcąc z zażenowaniem głową.
- Hej! Nie zapominaj, kto prowadzi ten samochód.
Roześmiałam się szczerze, bo trudno było się powstrzymać, widząc dwóch dorosłych chłopaków, kłócących się jak stare małżeństwo. Albo przedszkolaki.
- Tak w ogóle, nas chyba oficjalnie nie przedstawiono - powiedział Ashton.
- Miło mi cię poznać, Ash - rzuciłam, celowo zdrobniając jego imię, bo Calum powiedział mi kiedyś, że Ashton to lubi.
- Ta dziewczyna już mi się podoba - powiedział, śmiejąc się jak dziewięciolatka.
- Jakie są szanse, że dotrzemy w ciszy do baru Rose? - zapytał Calum.
- Duże, jeśli teraz wysiądziesz i pójdziesz tam na piechotę - odgryzł się Ashton.
- Przestańcie - poprosiłam, chociaż skłamałabym, mówiąc, że nie znajdowałam ich kłótni jako zabawnych.
Ashton włączył jedną ze swoich składanek i teraz zamiast kłócić się z przyjacielem, co chwilę śpiewał kolejne pojedyncze wersy piosenek.
- Wziąłeś dziennik? - spytałam Caluma, korzystając z okazji.
Odwrócił się i zrobi dziwną minę, zaciskając usta i kręcąc szybko głową, ale zanim zorientowałam się, o co chodzi, było już za późno.
- Jaki dziennik? - zainteresował się Ashton.
- Dziennik? Jaki dziennik? - powtórzył jak echo Calum, przybierając niewinną minę.
- Nie chcecie, to nie mówcie - powiedział obrażonym tonem chłopak. Żałowałam, że w ogóle poruszyłam ten temat, ale skąd miałam wiedzieć...eh.
Wjechaliśmy na parking przez barem i Calum dał mi jednym spojrzeniem do zrozumienia, że lepiej będzie, gdy szybciej wysiądziemy i będziemy liczyć na to, że Ashton zapomni o tym, że wspomniałam w ogóle o jakimś dzienniku.
- Dzięki za podwiezienie, Ash - rzuciłam tylko i stanęłam na kamienistym podłożu tuż obok Caluma.
Spojrzeliśmy w stronę budynku, przed którym stał tylko samochód Rose, a w okienku paliło się jedno światło. Nic dziwnego, było jeszcze bardzo wcześnie. Calum spojrzał na mnie.
- Na pewno?
- Na pewno.
Weszliśmy razem do pustego baru, który czekał już na pierwszych klientów. Rose nie było nigdzie widać, kiedy rozglądałam się po pomieszczeniu.
- Pewnie jest w swoim małym biurze - rzucił chłopak, wskazując mi kierunek dłonią.
Ruszyłam w tamtą stronę i zapukałam delikatnie do drzwi.
- Proszę - odparł zza drzwi głos należący do Rose.
Kobieta podniosła wzrok, a kiedy zobaczyła mnie, jej twarz rozpromieniła się.
- Scarlett! - niemal krzyknęła, wstając zza biurka, by mnie uściskać.
Po chwili zobaczyła także Caluma i próbując ukryć zdziwienie, również jego objęła i przywitała.
- Rose, nie chcemy zabierać ci wiele czasu - zaczął Cal - ale mamy dość ważną sprawę.
Kobieta ponownie usiadła za biurkiem i wskazała nam kanapę naprzeciwko.
- Siadajcie, proszę.
Nałożyła okulary i czekała, aż powiemy jej, o co właściwie chodzi.
- Znaleźliśmy coś i pomyśleliśmy, że może będziesz wiedziała, do kogo to należy.
Calum wyjął z plecaka dziennik i położył przed Rose na biurku.
- Och... - wyrwało się jej, gdy zobaczyła czarny zeszyt.
- Wiesz, co to jest, prawda? - zapytałam.
- Oczywiście.
Spojrzeliśmy po sobie z Calumem, a on niespodziewanie nakrył moją dłoń swoją i lekko ją ścisnął, jakby dodając mi w ten sposób otuchy. Teraz serce biło mi już szybciej z dwóch powodów.
- Skąd to macie? - spytała Rose, a ja poczułam się dziwnie, bo przecież bez pozwolenia zabrałam pamiętnik z antykwariatu.
- Ed poprosił mnie, bym przejrzała stare pudła, natrafiłam przypadkiem na niego i...przepraszam Rose, ale go przeczytałam. Przeczytaliśmy.
Kobieta uśmiechnęła się, patrząc z sentymentem na ciemną okładkę, dotykając starego materiału, z którego została wykonana.
- To dziennik mojego męża. Jacoba Moore'a.
Rose pogrążyła się na dłuższą chwilę we wspomnieniach, jakie przywołał pamiętnik, a my nie chcieliśmy jej przerywać tych rozmyślań.
- Zapewne macie wiele pytań - powiedziała.
- Wiele to zbyt mało powiedziane - odparłam. - Nie ukrywam, że dziennik jest pisany niczym powieść fantasy, sama nie wiem, co o nim myśleć.
- Wygląda na to, że przyszedł czas, bym zaczęła wam coś wyjaśniać. Jednak to temat na dłuższą pogawędkę, poczekajcie tutaj chwilę.
Rose wyszła z biura, by zmienić tabliczkę otwarte na zamknięte.
- Mam złe przeczucie - szepnęłam.
- To tylko głupi dziennik - powiedział cicho Calum.
Spojrzałam w jego ciemne oczy, pozwalając, by na chwilę tylko one zasługiwały na moją uwagę, a reszta nie miała znaczenia. Obawiałam się, że powoli zbyt bardzo przywiązuję się do tych oczu. I tego uśmiechu. I dotyku jego dłoni na mojej skórze.
Rose ponownie siadła za biurkiem i zapadła się w masywnym fotelu, zdejmując okulary i pocierając nos na wysokości zatok.
- Pani mąż przybył tutaj w latach siedemdziesiątych, prawda? Data w dzienniku to dwie cyfry, siedem i osiem, więc wywnioskowałam, że był to rok 1978.
Rose popatrzyła na nas ciepło dziwnym wzrokiem.
- Tak Scarlett, to były lata siedemdziesiąte. Jednak jedna cyfra roku się nie zgadza.
Kobieta westchnęła głęboko.
- To nie był 1978, ale 1878 rok.



____________________

Dziesiątka za nami, co sądzicie? Dziękuję strasznie kilku osobom za wspieranie mnie, jesteście kochane.
Dzisiejszy cytat pochodzi z Gry Anioła, powieści jednego z moich pisarskich idoli - mistrza Zafona.
No, jestem ciekawa waszych teorii na temat tego, co planuję dalej i mam nadzieję, że nikt się jeszcze nie domyśla, co zamierzam.
Do zobaczenia za tydzień.



piątek, 31 października 2014

9



"Czas jednak płynie i przemienia jedno uczucie ludzkie w następne,
aż w końcu przybierają wszystkie odcienie tęczy"



    Zimny powiew wiatru po raz kolejny musnął moje ramię i zmusił mnie do powolnego procesu wybudzania się z głębokiego snu. Wszystko byłoby zupełnie normalne, gdyby nie fakt, że...nic nie było normalne. Powietrze zdawało się być zbyt świeże i szybko zorientowałam się, że nawet otwierając na całą noc okno nie uzyskałabym takiego efektu. Moja poduszka, zwykle tak miękka, że moja głowa zapadała się w niej do połowy, teraz stawiała opór. Może dlatego, że wcale nie była poduszką, a klatką piersiową osoby, która lekko unosiła się w regularnym rytmie zsynchronizowanym z kolejnymi uderzeniami serca, mimo ciężaru mojej głowy, która na niej spoczywała.
    Podniosłam się i usiadłam wyprostowana, podziwiając półokrągły kształt płonącej kuli, która wychodziła zza linii horyzontu, oświetlając dachy śpiącego miasta, by za jakiś czas obudzić je i zmusić ludzi do otworzenia oczu i zajęcia się własnymi, codziennymi sprawami.
Powieki Caluma wciąż pozostawały zamknięte i nie chciałam tego zmieniać. Chłopak najwyraźniej intensywnie o czymś śnił i chociaż mógł być to koszmar, równie dobrze w jego głowie mogły rozgrywać się teraz sceny, w których dominowała pozytywna atmosfera i nie zamierzałam być osobą, która ją przerwie.
    Ziewnęłam i przetarłam oczy, próbując zdecydować, co właściwie czuję, będąc w tym miejscu, a nie innym, jednak mój mózg nie kwapił się, by zacząć myśleć w tym kierunku, tak więc zdecydowałam, że nie będę tego roztrząsać, a po prostu zacznę przyzwyczajać się do tego, co życie zamierza przygotowywać dla mnie każdego kolejnego dnia, niezależnie od tego, jakie byłyby moje plany.
   Tak cicho, jak tylko mogłam, sięgnęłam do mojej torby i wyjęłam z niej pamiętnik, który zabrałam z zaplecza antykwariatu. Nie potrafiłam opisać uczucia, które towarzyszyło mi za każdym razem, gdy dotykałam skórzanej okładki, która w rogach była dość zniszczona, jednak miałam wrażenie, że na zapisanych w środku stronach mogę znaleźć coś bardzo istotnego. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo ten jeden dziennik miał zmienić mój pogląd na wszystko, co do tej pory znałam i w co wierzyłam.
    Wstałam, a kiedy puściłam ramię torby, ta z cichym łoskotem miękko upadła na twardą powierzchnię pokrywającą dach. Odeszłam kilka kroków i usiadłam na murku okalającym całą połać dachu tak, że moje nogi bezwładnie zwisały po zewnętrznej stronie. Nie czułam wysokości, wydawało mi się, że siedzę na zwykłym ogrodzeniu, kiedy w rzeczywistości wystarczyłoby jedno gwałtowne popchnięcie, bym znalazła się na dole z prędkością światła.
Otworzyłam dziennik i przytrzymałam pierwszą stronę dłonią, by wiatr nie zdołał jej ponownie przekręcić. Od razu zauważyłam, że po pierwszej stronie, na której zapewne dawniej zapisane było imię i nazwisko człowieka, do którego ów przedmiot należał, zostało tylko kilka strzępków papieru, które wskazywały na to, że została ona wyrwana. Może przez przypadek, ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć.
Pierwszy wpis pochodził z roku, w którym nie było mnie jeszcze na świecie. Pismo było staranne, lekko pochyłe i na pierwszy rzut oka widać było, że pochodziło z czasów, gdy ludzie przykładali jeszcze wagę do tego, co piszą i jak piszą.
Z kontekstu wywnioskowałam, że kolejne słowa na pożółkłych stronicach zostały zapisane męską dłonią, chociaż delikatne pismo mogłoby tworzyć pozory, iż był to pamiętnik kobiety.
Im więcej światła słonecznego odczuwałam na moich policzkach, tym więcej historii poznawałam, wczytując się w kolejne zapisy dni człowieka, o którym wiedziałam jednocześnie tak dużo i tak niewiele. Domyśliłam się, że mieszkał w tym mieście, bo dokładnie opisywał miejsca, w których bywał i mimo że minęło tyle lat, niektóre rzeczy pozostają niezmienne. Czasami nawet ulice zatrzymują się w czasie i bronią przed poddaniem się działaniu kolejnych lat.
W dzienniku układała się spójna historia, mimo to nie do końca wszystko rozumiałam. Po pierwsze, mężczyzna nie przedstawił sposobu, w jaki trafił do miasta, a byłam pewna, że nie urodził się tutaj. Zbyt bardzo zafascynowany był miejscem, do którego przybył. Człowiek nie opisywałby miejsca, w którym się wychowywał i spędził dzieciństwo z taką dbałością o szczegóły, bo po tylu latach spędzonych w jednym miejscu nie dba się o szczegóły.
Po drugie mało pisał o codziennych zajęciach, więcej uwagi poświęcał samym ludziom, ich zachowaniom, a także swoim własnym uczuciom. Mógł być nieco starszy ode mnie, ale miałam wrażenie, że w tamtym czasie był o wiele ode mnie dojrzalszy. Podejrzewam, że pisał wszędzie, gdzie się znajdował. Możliwe, że nawet na dworze lub w kawiarni, jako że na niektórych stronach widniały ślady kropel, a także plam po kawie.
    W tym samym momencie, gdy przerzucałam kolejną kartkę, zobaczyłam, a raczej poczułam, jak ktoś siada obok mnie. Pogrążona w lekturze nie zauważyłam upływu czasu, a także tego, że Calum zdążył się już obudzić.
- Dzień dobry - szepnął, patrząc to raz na mnie, a raz na dziennik, który trzymałam w dłoniach.
- Dzień dobry - odpowiedziałam, uśmiechając się delikatnie.
Calum nie pytał o nic, po prostu siedział obok mnie, patrząc na powolną wędrówkę Słońca, które coraz wyżej wznosiło się nad widnokrąg.
Przeczytałam tylko opis kolejnego dnia i zamknęłam zeszyt. Nie zostało mi dużo, byłam ciekawa, jak się skończy, ale jednocześnie nie mogłam się skupić na czytaniu, gdy kilka centymetrów od mojego uda leżała dłoń Caluma, wystukująca prawie bezgłośnie palcami jakiś nieznajomy mi rytm.
Odłożyłam dziennik na bok i odwróciłam głowę w stronę chłopaka.
- Nie chce mi się wracać do rzeczywistości - powiedziałam.
Spojrzał na mnie ze zrozumieniem w oczach. Pojedyncze promienie światła padały na jego twarz, wyraźnie zarysowując kości policzkowe, które sprawiały, że jego twarz wyglądała niesamowicie męsko i hardo.
- Nie zapytasz co to?
Pokiwał głową z uśmiechem.
- Lubisz namawiać mnie do zadawania pytań, mimo że może wcale nie chcę znać odpowiedzi.
Zamilknęliśmy na chwilę, oboje nie wiedząc, co powiedzieć. Czułam, że zarówno ja, jak i Calum dobrze czujemy się w swoim towarzystwie, ale często narastała między nami dziwna atmosfera, która odgradzała nas murem jak gęsta, niewidoczna gołym okiem mgła.
- No dobra, chcę znać - przełamał ciszę pierwszy Calum.
Moją twarz rozświetlił uśmiech, a on tylko pokręcił głową, jakby wyśmiewając mój dumny triumf.
- Znalazłam ten dziennik w antykwariacie. Jakiś mężczyzna opisuje w nim swoje życie w tym mieście, a przynajmniej krótki jego okres. Nie mam pojęcia jak się nazywał, bo pierwsza strona została wyrwana.
- Przeczytałaś go całego?
- Nie, ktoś mi przerwał - nasze oczy na chwilę się spotkały i jednocześnie się uśmiechnęliśmy.
Mój żołądek dał o sobie znać, przerywając ten specjalny moment. Cholera jasna, żołądku.
- O właśnie, ja też chętnie bym coś zjadł. Jako, że jak widziałaś, nie mam zaopatrzonej lodówki, zajrzę do sklepu niedaleko.
Podniósł się i zręcznie przełożył nogi przez murek, stając na dachu. Odszedł kilka kroków, po czym odwrócił się i rzucił w moją stronę:
- Nie uciekaj mi, ok?
Odparłam, że nie zamierzam, a wtedy Calum zaczął schodzić na dół, a ja ponownie sięgnęłam w stronę dziennika.
W miarę jak kolejne słowa przetwarzały całą historię na obrazy, które pojawiały się w mojej głowie, moje oczy robiły się coraz większe, ilekroć natrafiałam na fragment trudny do wytłumaczenia w sposób nieemocjonalny.
Ostatnia strona kończyła się w połowie, brakowało kilku linijek tekstu, przez co nie miałam pojęcia, jak dalej mogły potoczyć się losy tajemniczego mężczyzny i o dziwo naprawdę nie potrafiłam wymyślić żadnego scenariusza, który byłby prawdopodobny. Nie wiedziałam też, czy był on zdrowy emocjonalnie, wydawało mi się, że w pewnym momencie mógł zachorować na coś.

    Gdy Calum ponownie pojawił się na dachu, wciąż siedziałam na murku ze wzrokiem wbitym w krajobraz przed sobą, nie mogąc pozbierać w myślach wszystkiego, co przeczytałam.
Chłopak trzymał w dłoni dwa papierowe kubki z kawą i torbę z croissantami.
Usiadł okrakiem na murku i postawił śniadanie między nami.
- Dowiedziałaś się czegoś ciekawego? - zapytał, gryząc rogalik i popijając go łykiem gorącej kawy.
- Nie wiem, czy ten człowiek miał jakieś zaburzenia, czy po prostu pisał powieść fantasy. I chyba nie chcę wiedzieć.
- Mogę to przeczytać?
Calum skinął głową w stronę dziennika, a ja bez słowa podałam mu zeszyt.
- Na stacji i tak nie mam co robić, przynajmniej nie będę się nudził. Tak a propos, to muszę niedługo iść, ale czuj się jak u siebie w domu - przełknął kolejny kęs - w końcu to jest teraz też twój dach.
- Dzięki, ale zamierzam pójść do antykwariatu, może dowiem się od Eda czegoś o potencjalnym właścicielu dziennika.
Jedliśmy chwilę w ciszy, ale coś nie dawało mi spokoju.
- Z czym kojarzą ci się litery RH?
Calum zastanowił się chwilę.
- Nie wiem, z grupą krwi? No wiesz, AB RH plus, czy coś takiego...Czemu pytasz?
- W dzienniku mężczyzna kilka razy opisywał kogoś o takich inicjałach. Prawdopodobnie kobietę. Nie mam pojęcia kim może być, ale chyba była dla niego ważna, nawet bardzo ważna. Możliwe, że się w niej zakochał, a nawet byli razem, jednak nie rozwijał tego wątku aż tak bardzo.
Calum spojrzał na wyświetlacz telefonu i zerwał się nagle.
- Muszę być na stacji, Ashton mnie zabije. Zaraz po tym, jak zapyta, czy się z tobą przespałem.
Westchnął ze śmiechem, przesuwając dłonią po twarzy, jakby dopiero teraz dotarło do niego co powiedział.
- Zawsze możesz skłamać, że to zrobiłeś - powiedziałam, na chwilę odrywając swoje myśli od tajemniczego dziennika.
- Dlaczego niby miałbym to robić?
- Naprawdę jesteś tak dobrze wychowany, czy dobrze udajesz?
- A na co wygląda? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Możesz wkręcić Ashtona, jeśli o mnie chodzi, to nie mam nic przeciwko. I...podziękuj mu za skręta.
- Masz to jak w banku, Scar.
Zmiął w dłoni torbę po pieczywie i zamierzał już odejść, gdy wstałam i zawołałam za nim.
Podeszłam powoli i wyciągnęłam w jego stronę dłoń z dziennikiem.
- Nie zapomnij tego. I nie zgub. Poza tym nie podziękowałam ci, za tamten poprzedni wieczór...
- Przestać, Scarlett, wieczór jak każdy inny.
- Możliwe, ale było miło. Już dawno się tak dobrze nie czułam w czyimś towarzystwie.
Calum spuścił wzrok, a ja wtedy nie myśląc, co właściwie robię, przybliżyłam się do niego i pocałowałam go w policzek. Szybko jednak odsunęłam się i tym razem na mojej twarzy pojawił się rumieniec, o którym informowało mnie ciepło pod skórą.
Calum spojrzał na mnie zdziwiony.
- Pozdrów Ashtona - rzuciłam i szybko zeszłam po schodach, stając dopiero, gdy weszłam do swojego mieszkania i oparłam się o drzwi plecami. Próbowałam unormować oddechy. Moje serce biło szybciej, bo szybko wchodziłam o schodach, a może dlatego, że wciąż czułam na ustach smak skóry Caluma, jej zapach, gdy podeszłam tak blisko.


    W antykwariacie nie dowiedziałam się niczego, bo postanowiłam, że jednak zaczekam, aż Calum przeczyta dziennik i razem zdecydujemy, co robić. Poza tym nie chciałam, żeby Ed pomyślał, że jestem złodziejką, więc kolejne kilka godzin spędziłam w zakurzonym pomieszczeniu katalogując przedmioty zalegające w kolejnych pudłach od dość dawna, jak przypuszczałam. Gdy skończyłam pracę, Ed na odchodne dał mi jedną z książek, którą gorąco polecił. Polubiłam go, chociaż nie rozmawialiśmy dużo. Jedynie kilka razy w ciągu dnia przychodził sprawdzić, jak sobie radzę i wtedy zamienialiśmy dwa czy trzy słowa. Nie pytał o wiele, raczej częściej cytował coś z różnych książek, jakby na każdą moją wypowiedź potrafił w głowie znaleźć odpowiednią sentencję z książek czy wierszy.
    Po powrocie do domu praktycznie cały wieczór spędziłam na czytaniu powieści poleconej mi przez Eda i pochłanianiu paczki waniliowych ciastek, które kupiłam po drodze. W końcu byłam już tak zmęczona, a moje oczy domagały się odpoczynku, więc wtuliłam się w jedną z poduszek i powoli zaczęłam zapadać w sen. Przed oczami miałam już obrazy jakiegoś miejsca, które zapewne miało stać się tłem dla mojego snu, jednak obok mojej głowy rozbrzmiał głośny dzwonek telefonu.
Jęknęłam i przyłożyłam smartphone do ucha.
- Słucham? - wymamrotałam.
- Scarlett? - usłyszałam głos Caluma.
- Nie, wróżka zębuszka.
Chłopak zignorował mój sarkazm, najwyraźniej bardzo czymś przejęty.
- Możesz do mnie przyjść? - zapytał.
- Co jest takiego ważnego, co nie może poczekać do rana?
Podjęłam już jednak decyzję, bo i tak telefon Caluma rozbudził mnie na tyle, że zaczęłam pospiesznie szukać w torbie bluzy, którą pamiętałam, że brałam. Miałam rację, leżała na samym spodzie.
Calum przez chwilę nic nie mówił, jakby wiedział, że czegoś szukam.
- Idę.
- Możesz wyjść schodami przeciwpożarowymi, okno jest otwarte.
Tak też zrobiłam, zostawiając moje własne okno uchylone, bym mogła potem wrócić.
Kilka chwil później stałam już w mieszkaniu Caluma, które ginęło w półmroku, rozświetlane jedynie kilkoma świeczkami i światłem z lampki.
- Więc, co jest takie ważne, że nie mogło zaczekać kilka godzin?
Zauważyłam, że chłopak trzyma w dłoni dziennik. Patrzył na mnie, a ja spojrzałam na niego pytająco. W końcu odetchnął i powiedział:
- Chyba wiem, kim może być RH.


______________________

Nie wiem, czy obchodzicie Halloween, ale tak czy inaczej, wesołego Halloween lub po prostu spokojnego (lub wręcz przeciwnie) piątku.
Wiem, że na pewno trudno jest znaleźć czas na czytanie czegokolwiek, więc jeśli poświęcacie swój czas na czytanie moich wypocin to bardzo Wam dziękuję. 
Chyba jest Was mniej, bo widzę, że liczba komentarzy spada, ale nie mam tego nikomu za złe, wiem, że jest tysiące lepszych fanfiction, z lepszą akcją, etc. 
Tak więc jeśli jesteście, to dziękuję i do zobaczenia.
Jesteśmy w połowie, mam nadzieję, że dotrwam do końca i nie zniechęcę się, bo o to u mnie nietrudno, szczególnie, jak nie widzę efektów, ale pracuję nad tym. 

PS Pisać na końcu rozdziałów z czego pochodzą cytaty na początku? Zwracacie na nie uwagę?




piątek, 24 października 2014

8




There's room for two
Six feet under the stars


    Nigdy nie lekceważ ludzi, którzy sprawiają, że się uśmiechasz. A ona jakimś cudem malowała na mojej twarzy uśmiech nawet będąc daleko. Z drugiej strony, przecież wcale jej nie znałem, była dla mnie kimś zupełnie nieznajomym.
- Co się tak szczerzysz? - zapytał Ashton, przerywając mi porywająco ciekawą czynność układania napojów w lodówce.
- Nie można się już uśmiechać raz na jakiś czas?
- Nie można. Jeśli nie zamierzasz podzielić się nowinami z najlepszym przyjacielem! - założył ręce na ramiona, jakby na potwierdzenie tego, że nie zamierza odpuścić, póki nie powiem mu, o co chodzi.
    Był jedną z najbardziej upartych osób, jakie znałem, ale i tak nie zamieniłbym go na nikogo innego. Odkąd trafiłem do tego miasta i poznałem Ashtona, w końcu po tylu latach poznałem, co to prawdziwa przyjaźń. Wiedziałem też, że mimo ciągłego żartowania i dogryzania sobie, zawsze mogłem na nim polegać, bez względu na wszystko.
- Spotkałeś kiedyś kogoś, kto uszczęśliwiał cię samym swoim widokiem w twojej głowie? - zapytałem, nie do końca będąc świadomym słów, które wypowiadam.
- Awww, ktoś tu się chyba zakochał - powiedział kpiącym tonem Ashton.
- Przestań - przewróciłem oczami. - To coś innego.
- Czyli jej nie przeleciałeś? - zapytał, a w jego głosie można było wyczuć ogromne rozczarowanie.
Popatrzyłem na niego karcącym wzrokiem.
- Wciąż tak samo powierzchowny.
- Nie każdy spotyka swoją bratnią duszę i pozwala jej u siebie zostać na noc - prychnął i odszedł, by obsłużyć klienta.
- Ona nie jest moją bratnią duszą! - krzyknąłem za nim.
Wiedziałem, że coś go gryzie, chociaż jak zwykle potrafił to znakomicie ukryć pod sporą dawką sarkazmu i głupich żartów. Przyjaciel na chwilę odciągnął moją uwagę od dziewczyny, z którą miałem się dziś spotkać, a która była dla mnie jedną wielką zagadką. Zagadką mieszającą mi nieco w głowie, chociaż wciąż nie miałem pojęcia, czemu.
- No więc? - spytał Ash, podchodząc do mnie.
- Co więc?
- Co zamierzasz dziś z nią robić? Bo zakładam, że aż tak wielkim frajerem nie jesteś, by się z nią nie umówić po tym, jak spędziła u ciebie noc. Nawet ja bym zadzwonił - uśmiechnął się.
- Jeszcze nie wiem, zamierzam improwizować - odparłem. - W mieście jest kilka miejsc, do których mógłbym ją zabrać.
- Tak, na przykład staw dla rybaków.
- Ha ha. A tak właściwie, to co wczoraj robił nasz Casanova?
Spojrzałem na niego i chociaż się uśmiechał, to jego oczy pozostały bez wyrazu.
- Casanova robił to, co robić powinien każdy facet na imprezie pełnej napalonych licealistek.
Otworzył puszkę pepsi i pociągnął łyk, patrząc na mnie.
- Stary...
- Stary co? - zapytał niemal gniewnym tonem, który mógł oznaczać jedynie kłótnię. Jak zawsze, kiedy Ashton musiał przez chwilę być poważnym, by zmierzyć się z bolesną prawdą.
- Jakim cudem możesz mieć każdą oprócz Chelsea?
Na dźwięk jej imienia skrzywił się, jakby sprawiało mu to ból. Spojrzał na mnie, a mi nie podobało się to, co zobaczyłem w jego oczach.
- Zadaję sobie to samo pytanie codziennie, Cal - odparł zrezygnowanym głosem, poddając się.
Żaden z nas nie miał ochoty na kłótnie.
- Musisz przestać pieprzyć się na prawo i lewo, by zapomnieć, że nie możesz jej mieć - powiedziałem stanowczo.
Podszedłem i objąłem go w przyjacielskim geście i poklepałem po plecach, mówiąc, że wszystko będzie dobrze, nawet jeśli wtedy nie do końca wierzyłem w to, co mówię. Ostatnie, czego chciałem, to mój najlepszy kumpel cierpiący z powodu dziewczyny. Zbyt dobrze wiedziałem, jak cholernie potrafi to boleć.
- Baw się dobrze, Hood - rzucił mi na odchodne.
- Według instrukcji szefie.

***

- Gotowa? - usłyszałam głos Caluma, gdy odebrałam telefon.
Miałam wrażenie, że jego jedno słowo wypowiedziane tak głębokim głosem, dotarło aż do mojego żołądka i ścisnęło go, jednocześnie rozlewając ciepło po całym moim ciele.
Oczywiście to zignorowałam, tłumacząc sobie, że jestem po prostu głodna, a nagła zmiana wewnętrznej temperatury ciała to chwilowy przypływ fali gorąca, jako że Słońce wyszło zza chmur.
- Właśnie wracam z antykwariatu - odparłam, karcąc się za to, że mój głos zabrzmiał jakoś dziwnie piskliwie.
- Świetnie, bo ja właśnie wracam ze stacji. Możemy spotkać się pod moją - na chwilę przerwał i poprawił się - naszą kamienicą?
- Jasne - przytaknęłam i rozłączyłam się, czym prędzej kierując się w stronę miejsca, które ustaliliśmy.
Dojście tam nie zajęło mi dużo czasu, a już z pewnej odległości wiedziałam opartego o murek chłopaka. Miał na sobie czarne spodnie z dziurami na wysokości kolan i ciemną koszulkę z jakimś fajnym nadrukiem. Wpatrywał się w swoje vansy, jednocześnie co jakiś czas zerkając w moją stronę. Odniosłam wrażenie, jakby się trochę wstydził i było to nieco dziwne, bo nie widziałam w sobie niczego, co mogłoby zawstydzić kogokolwiek.
- Hej - powiedziałam, podnosząc dłoń w geście powitania, gdy znalazłam się w odpowiedniej odległości.
- Hej - odparł, wyciągając ręce z kieszeni.
- Więc jaki jest plan wycieczki, panie przewodniku? - uśmiechnęłam się, a Calum odwzajemnił ten uśmiech.
Zauważyłam, że gdy śmiał się, śmiały się nie tylko jego usta, ale jakby cała twarz. Policzki stawały się mniej ostre i zarysowane i przypominały bardziej policzki dziecka. Oczy rozświetlały się, a małe zmarszczki w kącikach powiek dodawały mu uroku. To był uśmiech, w którym można się było zakochać. Nie żebym zamierzała...
- Co powiesz na małe zwiedzanie miasta, a dokładniej każdego jego zakątka, co potrwa dokładnie hmm - udał, że intensywnie myśli. - Jakieś dwie i pół minuty.
- Brzmi nieźle.

    Spacerowaliśmy dość długo, rozmawiając o wszystkim i o niczym, głównie to Calum mówił, opowiadając mi przeróżne historie o śmiesznych sytuacjach związanych z różnymi częściami miasteczka. Mieszkał tu krótko w porównaniu z innymi, ale jak widać nietrudno było dowiedzieć się o nim niemal wszystkiego.
Nasze dłonie kilkakrotnie spotkały się, mimo że były to tylko przypadkowe trącenia, a my udawaliśmy, że tego nie czujemy, to za każdym razem dostrzegałam na policzkach Caluma lekki rumieniec, nie mówiąc już o piekielnym gorącu, które czułam pod własną skórą.
Gdy w końcu wróciliśmy do punktu wyjścia, zapadła nieco niezręczna cisza, gdy stanęliśmy naprzeciwko siebie.
- Dziękuję - spojrzałam na chłopaka. - Za wieczór. Okazuje się, że wybrałam całkiem niezłe miejsce.
Zaczynało się już robić ciemno, a ostatnie ciepłe, czerwonopomarańczowe promienie Słońca znikały za horyzontem, oświetlając od tyłu ciemne kształty drzew, których setki było widać w oddali, gdy patrzyło się w stronę lasów.
- Więc...dobranoc - powiedziałam i odwróciłam się, by wejść do kamienicy, gdy jedno słowo sprawiło, że zatrzymałam się.
- Poczekaj.
Ponownie zwróciłam się w stronę chłopaka z pytającym spojrzeniem.
- Pomyślałem, że może...może jest jeszcze jedno miejsce, które chciałbym ci pokazać.
Spojrzałam na Caluma oczyma pełnymi zdziwienia i ciekawości, a on tylko zaczął iść w stronę schodów przeciwpożarowych i w połowie odwrócił się tylko po to, żeby przekonać się, że nadal nie ruszyłam się z miejsca.
- Nie pomyliły ci się przypadkowo wejścia do budynku? - zapytałam.
- Wątpisz w moje zdolności przewodnika? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- Niech ci będzie - odparłam zrezygnowana i ruszyłam za nim.
Schody, choć mosiężne i na pewno dość stare, trzeszczały przy każdym kolejnym kroku, który przybliżał nas do celu, na wyższe poziomy.
   Byłam pewna, że zatrzymamy się na czwartym piętrze, a wtedy Calum pokaże sztuczkę z otwieraniem okna od zewnątrz i w końcu będę mogła odpocząć we własnym mieszkaniu.
Minęliśmy jednak zarówno czwartą, jak i piątą kondygnację. W końcu Calum stanął na samym szczycie budynku i podał mi dłoń, bym mogła z łatwością się tam dostać.
Jego uścisk był mocny i pewny. Chociaż nasze dłonie zetknęły się jedynie przez kilka sekund, przez te kilka sekund poczułam się tak bezpiecznie, jak jeszcze nigdy w życiu.
Calum włożył ręce w kieszenie swoich czarnych spodni i stanął nieruchomo, podziwiając widok, jaki roztaczał się w dali.
Z tego miejsca wszystko wydawało się takie małe. Małe były domy, drzewa, ludzie, ale też wszystkie problemy.
- Pięknie - szepnęłam, wywołując tym samym dumny uśmiech na twarzy chłopaka.
Ściemniło się już na tyle, że na niebie zaczęły pojawiać się kolejne migające punkty.
- Dawno już nie widziałam tylu gwiazd. Ostatnio nie miałam nawet chęci patrzeć się w górę, kiedy zajmowało mnie tyle przyziemnych spraw - powiedziałam.
Cal spojrzał na mnie, lecz nie potrafiłam jednoznacznie odczytać, co też chodzi mu po głowie.
- Zaproponowałbym ci coś, ale możesz uznać to za nieco niestosowne.
W mojej głowie nagle pojawiło się tysiąc obrazów, nie ukrywajmy, że zabrzmiało to dość jednoznacznie.
- Zależy jak bardzo niestosowne - odparłam i zaznaczyłam: - Bo jeśli zamierzasz mnie...
- Nie, nie nie - przerwał mi gwałtownie Calum, a mi wydało się, że jego policzki nagle przybrały inny odcień niż zwykle.
- Ashton zostawił coś u mnie ostatnio i pomyślałem, że może byłoby weselej wykorzystać to z kimś...fajnym.
- Kontynuuj - odparłam zaciekawiona.
Calum sięgnął do kieszeni i wyjął stamtąd pojedynczego jointa.
- Oh, faktycznie niestosowne - zauważyłam.
Chłopak nie wiedział, jak ma się zachować, bo powiedziałam to tonem głosu, z którego nie dało się jasno wywnioskować, czy podoba mi się to, co widzę. Spuścił wzrok i pokręcił głową.
- Wiedziałem, że to nie... - zaczął, ale mu przerwałam.
- Masz zapalniczkę?



    Trawka oczyściła nasze głowy ze zmartwień, zostawiając tam jedynie miłe wspomnienia i beztroskie myśli.
Leżeliśmy obok siebie, przekazując z dłoni do dłoni końcówkę skręta, by co chwilę wypuszczać z ust ostatnie kłęby dymu.
Patrzyłam jak Cal wydmuchuje szary dym, który ginął moment później, rozpływając się w nocnym powietrzu. Nie czułam, że robię coś złego, wręcz przeciwnie, spędzałam jedną z milszych nocy w moim życiu.
- Zawsze chciałem to zrobić - odezwał się Cal lekko zachrypniętym głosem, przez który dostałam ciarek na całym ciele. To znaczy, oczywiście dostałam ich z powodu zimnego powiewu wiatru.
- Ja też - zaśmiałam się.
- Niebo jest dziś takie piękne. I to wcale nie przez trawkę - odezwał się Calum, podkreślając ostatnie słowa.
- I takie spokojne - dodałam.
Zaciągnęłam się tym razem tylko rześkim nocnym powietrzem.
- Widzisz tamte gwiazdy? - Cal wskazał palcem w nieokreślonym kierunku, a ja przyjrzałam się dokładnie.
- Mhm - przytaknęłam.
- To Smok.
Spojrzałam na niego, przekręcając głowę.
- Nie wiem, co jeszcze brałeś, ale zaczynam się bać.
Calum zaśmiał się i zaczął wszystko wyjaśniać.
- To konstelacja. A tam - wyciągnął dłoń, a ja zobaczyłam jeden wyróżniający się punkt - to Gwiazda Polarna.
- Tę znam.
- Dawniej była jedynym punktem odniesienia dla ludzi, którzy się zgubili.
Przez chwilę po prostu leżeliśmy w ciszy, wsłuchując się w ciche dźwięki wydawane przez świerszcze i przejeżdżające w oddali pojedyncze samochody.
W końcu nie wytrzymałam i przerwałam ciszę wypowiadając jedno pytanie.
- Zgubiłeś się kiedyś?
Calum westchnął tylko, nadal wpatrując się w ciemne sklepienie z milionem rozświetlających je punktów.
- To opowieść na inny dzień, Scarlett. Albo inną noc.
Dałam za wygraną, bo nie miałam innego wyjścia. Poza tym i tak odpływałam już w zupełnie inny świat. Dziwnie byłoby mówić, że zapadałam w sen, bo już od momentu wejścia na dach wydawało mi się, że śniłam.
W ciągu tych kilku minut, gdy wsłuchiwałam się w regularny oddech Caluma leżącego obok mnie, pomyślałam, że może ten świat wcale nie jest taki okrutny, jakby się mogło wydawać.
Może istnieje jednak szczęście. Trzeba tylko nie bać się go szukać.





Dajcie znać, jeśli Wam się podobało, będzie mi niezmiernie miło!
Wiem, że pewnie macie tysiące innych rzeczy do roboty, bo samej ostatnio na nic nie starcza mi czasu, więc naprawdę doceniam, jeśli nadal czytacie moje fanfiction.
W ogóle, to mam już pomysł jak pociągnę je dalej, napisałam już nawet kilka zdań, które umieszczę w epilogu, chociaż do niego jeszcze spora droga.
Trzymajcie się.
M. (@irwinflex)





piątek, 17 października 2014

7




"W życiu nie uczymy się niczego ważnego, jedynie sobie przypominamy"



Obudziłam się z ogromnym bólem głowy, a głębokie dźwięki drgających strun tylko pogarszały sprawę.
- Czemu tu jest tak głośno? - wymamrotałam, wtulając twarz w miękką poduszkę.
Poduszkę pachnącą...chłopakiem.
Cholera pomyślałam, a chwilę później wspomnienia z wczorajszego wieczoru i nocy zaczęły pojawiać się w mojej głowie jak klatki wyświetlanego filmu. Każdy kadr odczuwałam jako kolejną miniszpilkę wbijaną w mój mózg. Przypominanie ciągnęło za sobą jakieś koszty.
Cieszyłam się z jedynie z faktu, że w ogóle wszystko pamiętałam, że nie urwał mi się film. Nie sądziłam, że wypiłam dużo, szczególnie w porównaniu z innymi, ale bez wątpienia oni mieli jednak większą wprawę i doświadczenie.
Powietrze, którym zaciągnęłam się, biorąc kolejny oddech, przypomniało mi, że nie zorientowałam się jeszcze, gdzie właściwie jestem. Podniosłam prawą powiekę, a gdy blask światła uderzył w moją źrenicę, wbijając jedną z bolesnych szpilek, drugą powiekę odważyłam się podnieść dopiero kilka sekund później.
Uciążliwe brzdąkanie, które w innych okolicznościach mogłabym uznać za swego rodzaju muzykę, ciągle niosło się po pokoju. Jęknęłam i powoli usiadłam na łóżku, a kiedy już miałam rozejrzeć się po pomieszczeniu, napotkałam czyjś wzrok. Brązowe oczy z niewielkimi zmarszczkami w kącikach, które oznaczały, że osoba ta się uśmiechała.
- Witamy w świecie żywych.
Dźwięk jego głosu brzmiał tak, jakby krzyczał wprost do mojego ucha, mimo że siedział na fotelu kilka metrów dalej.
- Musisz tak krzyczeć? - zapytałam, a w odpowiedzi usłyszałam tylko cichy śmiech.
Calum odłożył gitarę, która wcześniej spoczywała na jego nogach i brzuchu, po czym wstał i zniknął na chwilę we wnęce, gdzie zapewne musiała znajdować się kuchnia. Gdy wyszedł zza ściany, w ręku trzymał dwa parujące kubki.
Podszedł i podał mi jeden z nich, jednocześnie siadając na brzegu łóżka, jakby bał się zbliżyć do mnie na mniejszą odległość. Może to głupie, ale spodobało mi się to i bez wątpienia dobrze o nim świadczyło.
- Często tak kończysz imprezy? - zapytał, pociągając łyk kawy, która - tak nawiasem mówiąc - smakowała niemal jak napar bogów.
- Problem polega na tym, że nie kończę tak imprez, bo na nie nie chodzę...iłam - odcięłam się, na moment zbijając go z tropu.
- Uhm - mruknął. - Właściwie to mnie też dość trudno na nich spotkać. O ile Ashton nie zaciągnie mnie tam na siłę, a nie wiem, czy zauważyłaś, ale nie sposób mu odmówić.
Nie wiedząc, co mam odpowiedzieć i jak pociągnąć rozmowę, po prostu koncentrowałam się na przyswajaniu kofeiny, która powoli sprawiała, że czułam się chociaż odrobinę lepiej.
- Wiesz - powiedział Calum - to dziwne, że nie wydaje mi się to nienormalne?
Uniosłam jedną brew w pytającym geście, chociaż chyba wiedziałam, o co mu chodzi, bo sama to czułam, nawet jeśli nie byłam tego świadoma.
- Mam wrażenie...
- Jakby to było całkiem normalne, jakbyśmy się znali, jakbyśmy byli przyjaciółmi.
Spojrzał na mnie i w tym samym momencie spuściliśmy wzrok, jakby coś w naszych wzajemnych odbiciach w oczach drugiej osoby poraziło nas jak błyskawica.
No dobra, nieco przesadziłam, ale w tamtym momencie właśnie to odczułam.
- Chcesz coś do jedzenia? - zapytał Calum, próbując szybko zmienić temat, bo chyba też poczuł się niezręcznie.
- Nie, dzięki - odparłam i wtedy mój żołądek popisał się serią głośnych bulgotów. Serio żołądku? Serio?
- Twój brzuch mówi co innego - zauważył i ruszył w stronę lodówki.
- Naprawdę, nie musisz.
Odstawiłam kubek na stolik obok łóżka i poszłam za nim. Zabrałam moje buty, które leżały obok, a ja nie przypominałam sobie momentu, w którym zdjęłam je poprzedniego wieczoru, więc musiał to zrobić Calum, wpatrujący się w tamtym momencie we wnętrze lodówki. Po jego minie wywnioskowałam, że raczej nie zjem tu dziś śniadania.
Zamiast tego, rzuciłam wzrokiem na okno i intuicyjnie podeszłam bliżej, podczas gdy Calum najwyraźniej próbował oczami wyczarować jakieś jedzenie. Albo po prostu bał się odwrócić, bo to oznaczałoby przymus ciągnięcia rozmowy, która stała się niezręczna. Nie zauważył momentu, gdy oparłam dłonie na parapecie, bo musiałam się podtrzymać.
Otworzyłam jedno skrzydło okna i wychyliłam się odrobinę, by przekonać się, że to, co widzę, jest prawdziwe.
- Co do cholery... - wymsknęło mi się, a wtedy Cal odwrócił się.
- Potrzebujesz świeżego powietrza, czy po prostu podziwiasz widoki?
- Gdzie ja właściwie jestem? - zapytałam zdezorientowana.
- Jak to gdzie, przecież u mnie, w moim mieszkaniu.
- Nie, nie - przerwałam mu. - Co to za budynek?
Calum spojrzał na mnie, jakbym potrzebowała leczenia psychiatrycznego.
- Prawdopodobnie wybudowano go kilkadziesiąt lat temu, może z cegieł, ale nie znam się na tym.
- Och, przestań! - krzyknęłam i miało to zabrzmieć gniewnie, ale mój śmiech zepsuł ten efekt.
- To moja kamienica - powiedział spokojnie, uśmiechając się.
Zamilkłam na chwilę, spojrzałam na boki i w końcu zatrzymałam wzrok na brązowych oczach. Wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:
- Chyba nie tylko twoja.
Nie wiem, które z nas było w tamtym momencie bardziej zdezorientowane, bo mina Caluma wskazywała na to, że żałuje przyprowadzenia mnie do swojego mieszkania, gdyż najwyraźniej nie byłam zdrowa umysłowo.
- OK, nic już nie mówię, bo najwidoczniej tylko się pogrążam - powiedziałam, próbując rozładować napięcie, które wytworzyło się nagle między nami.
Zrobiłam kilka kroków w stronę drzwi zdeterminowana, by jak najszybciej opuścić mieszkanie Caluma z nadzieją, że dostanie amnezji i zapomni o całej tej sytuacji. Chłopak jednak zaczął intensywnie nad czymś myśleć i po chwili doznał nagłego olśnienia.
- Nie wynajmujesz przypadkiem mieszkania od miłej pani w nieco średnim wieku, która sprawia wrażenie takiej, która wie o tobie więcej niż ty sama? - zapytał zagadkowo.
Pokiwałam tylko powoli głową.
- Nie dziwi cię fakt, że dziwnym trafem spotkaliśmy się jednej nocy, a tuż potem zamieszkałaś w tym samym budynku, co ja?
- Zbiegi okoliczności, nic nadzwyczajnego - odparłam, bagatelizując wszystko.
- Albo zbiegi okoliczności, którym ktoś trochę pomógł...
Pomyślałam chwilę i wszystko zaczęło układać się w pewną logiczną całość. Spojrzałam na Caluma i w tym samym momencie wypowiedzieliśmy jedno słowo:
- Rose.
Zaśmialiśmy się, tak naprawdę bez jakiegokolwiek powodu.
- Powinnam już iść - zaczęłam.
- Naprawdę mieszkasz na czwartym piętrze?
Calum wciąż nie mógł najwyraźniej w to uwierzyć.
- Co w tym jest takiego dziwnego?
Wzruszył ramionami i zastanowił się chwilę nad odpowiedzią.
- W końcu mam sąsiadkę. Nigdy nie przypuszczałem, że trafi mi się taka ładna, liczyłem raczej na kogoś z osiemdziesięcioletnim doświadczeniem życiowym.
Uśmiechnęłam się pod nosem, nie wiedząc, jak zareagować na komplement, który padł w moim kierunku.
- Dziękuję. Za przenocowanie mnie.
- Nie ma sprawy - odparł mechanicznie Calum.
Otwierałam już drzwi, gdy zawahałam się na moment i ponownie zwróciłam się w jego stronę.
- Uhm...muszę dziś prawdopodobnie pojawić się w antykwariacie, wiesz, Rose załatwiła mi tam pracę, ale może... - język zaczął mi się plątać, jak zwykle, gdy musiałam rozmawiać z kimś, kogo praktycznie nie znałam. Calum jednak patrzył na mnie wzrokiem, które sam w sobie mnie uspokajał, więc kontynuowałam moją mało składną wypowiedź.
- Może chciałbyś pokazać mi miasto? Byłoby fajnie wiedzieć, gdzie tak właściwie zdecydowałam się zamieszkać. Jeśli masz już inne plany albo jeśli po prostu nie chcesz, to powiedz, nic się nie stanie, naprawdę...
- Scarlett - przerwał mi Calum z poważną miną, która jednak zmieniła się w promienny uśmiech. - Z przyjemnością będę twoim przewodnikiem.
- Siedemnasta? - zaproponowałam.
- Pasuje.
- W takim razie...do zobaczenia.
Kiedy zamknęłam drzwi i znalazłam się na klatce, zauważyłam, że się uśmiecham.
Głupia.




Jako, że stan zdrowia właściciela antykwariatu się poprawił, co przekazała mi Rose w krótkim smsie, postanowiłam ruszyć tam jeszcze dzisiaj. Adres napisany mi przez Rose na kartce mówił mi niewiele, dlatego gdy zobaczyłam starszą kobietę zmierzającą w moją stronę z naprzeciwka, postanowiłam zapytać ją o drogę. Z uśmiechem wyjaśniła mi, jak mam dość na Devon Avenue i okazało się, że Rose nie kłamała, mówiąc, że to niedaleko. O ile cokolwiek w tym mieście mogło znajdować się dalej niż piętnaście minut drogi.
Pięć minut po tym, jak podziękowałam za danie mi wskazówek, dotarłam na miejsce. Upewniłam się, że trafiłam pod właściwy numer, gdy porównałam cyfrę na skrawku papieru z tą, która widniała na ciemnoniebieskim kwadracie wiszącym obok starych, rdzawobordowych drzwi.
Bez dłuższego namysłu pchnęłam je, sprawiając jednocześnie, że wprawiłam w ruch blaszane dzwoneczki zwisające z sufitu. Ciepły dźwięk na dłuższą chwilę wypełnił przestrzeń, gdy ja rozglądałam się wokół, lustrując pomieszczenie wzrokiem. Naprzeciw mnie stało stare biurko, widocznie służące właścicielowi za ladę, bo było długie i dość szerokie. Wzdłuż ścian ustawiono identyczne regały, niektóre stały też w innych miejscach, tworząc minilabirynt i gdyby nie fakt, że budynek był niewielki, można by było się zgubić. Półki w większości zapełnione były przeróżnymi, przeważnie starymi książkami, ale dostrzegłam też inne antyki, między innymi zegary czy pozytywki.
Mój wzrokowy rekonesans został przerwany przez miły głos, który jak się okazało, należał do starszego pana, który ni stąd ni zowąd pojawił się za ladą.
- Witam, w czym może służyć? - zapytał z delikatnym uśmiechem.
- Mam na imię Scarlett - zaczęłam - i Rose powiedziała, że może potrzebować pan kogoś do pracy.
- Och, Rose!
Właściciel wyszedł zza biurka i podał mi dłoń, a ja odwzajemniłam uścisk.
- Witaj w moim królestwie.
- Prowadzi pan antykwariat, prawda?
- Ludzie różnie to nazywają, ale można tak powiedzieć.
- Nie pomyślałabym, że antykwariaty mają prawo bycia w małych miastach, jak to - zauważyłam.
- Niewiele jeszcze wiesz o życiu, a szczególnie o takich miasteczkach jak nasze, moje dziecko. Antykwariaty to wspomnienia, a ludzie potrzebują wspomnień w każdym miejscu.
Uśmiechnął się tajemniczo.
- Jak długo prowadzi pan ten...cokolwiek to jest?
- Prawie czterdzieści lat - powiedział, a ja powstrzymałam się od otworzenia szeroko oczu.
- Co będzie należało do moich obowiązków, panie...
- Ed. Mów mi Ed, poczuję się młodziej - zaśmiał się. - Tak czy inaczej, będziesz przyjmować zamówienia, wyceniać towary, sprzedawać książki i inne rzeczy. Możesz zacząć od jutra. Rose mówiła mi przez telefon, że dopiero co przyjechałaś, przyda ci się trochę wytchnienia.
- Dziękuję, ale prawdę mówiąc, byłabym wdzięczna, mogąc się zająć czymś już dzisiaj.
Ed popatrzył na mnie ze zdziwieniem, ale w tym pozytywnym znaczeniu, wyraźnie nie spodziewając się takiego zapału.
- Na zapleczu jest trochę papierów, możesz je przejrzeć, posegregować. Miałem się za to zabrać wieki temu. Jest też trochę pudeł, oddanych jakiś czas temu przez rodziny osób, którym już się nie przydadzą.
Zrozumiałam aluzję i chociaż czułam się nieco dziwnie, mając grzebać w pamiątkach po ludziach, którzy odeszli, z drugiej strony wydawało mi się to ciekawe.
Ed zapraszającym gestem machnął w stronę zaplecza, a ja na kilka godzin zagłębiłam się w sterty papierów, starych dokumentów. Moją uwagę szczególnie przykuł jeden stary, zniszczony zeszyt, owinięty w czarny skórzany futerał, który nie był w najlepszym stanie. Przejrzałam pobieżnie kartki, na tyle uważnie jednak, by zdać sobie sprawę, iż był to dziennik. Pamiętnik.
Usiadłam wśród tysiąca różnych kartek na zapleczu, które pachniało waniliowymi świeczkami i zaczęłam czytać. W miarę jak mój wzrok przesuwał się po kolejnych linijkach tekstu, moje oczy otwierały się coraz szerzej, jednak Ed przerwał mi w pewnym momencie, dając mi znak, że mogę już iść, bo chce zamknąć, schowałam szybko dziennik do torby i kilka minut później byłam już na zewnątrz.
Szłam w stronę domu, zapominając powoli o tym, co spoczywało na dnie mojej torby, jednak w podświadomości kiełkowało przekonanie, że ten zwykły dziennik niedługo stanie się czymś ważnym.
Nic nie dzieje się bez powodu i czasami przypadkowo znajdowane rzeczy zostawiają ślad w naszym życiu.
Rzeczy albo ludzie.



Woah, siódmy rozdział za nami, poszło szybciej niż myślałam! Jeśli wytrwaliście aż do tego momentu, brawo. Pamiętajcie, że możecie podzielić się ze mną odczuciami po rozdziale w komentarzu, nawet nie macie pojęcia jak dużo uśmiechu na mojej twarzy wywołały ostatnie komentarze.
Możecie pisać na twitterze, hashtag #neverlandff
Miłego weekendu, oby wydawał się jak najdłuższy. See ya.
M. (@irwinflex)

piątek, 10 października 2014

6




"Nie wiem doprawdy, co się ze mną dzieje w jej obecności,
zda się, że zmienia się we mnie dusza i inaczej działają nerwy"



- Stary, ta dziewczyna właśnie ci... - zaczął Ashton, wytrącając mnie z zamyślenia, gdy dziewczyna powtórzyła gest Chelsea i też pomachała w naszą stronę.
- Zamknij się.
- Cal, ona siedzi razem z Chelsea, możesz mnie jakoś wkręcić?
- Uspokój się, nawet jej nie znam - przerwałem mu, ściszając głos, bo zbliżaliśmy się do ogniska.
Zatrzymaliśmy się jakiś metr od całego towarzystwa, a ja nie miałem odwagi, by podnieść wzrok, więc początkowo wbiłem go we własne buty, a potem patrzyłem, jak tańczą czerwonopomarańczowe płomienie.
- Co tam u was, chłopaki? - zagadał jeden z kolegów Chelsea, który znał też Ashtona, jednak nie pamiętałem jego imienia.
- OK, po staremu - odpowiedziałem niezbyt entuzjastycznie i mało oryginalnie, ale, prawdę mówiąc, nawet nie do końca zdawałem sobie sprawę z tego, że słowa w ogóle wydostawały się z moich ust.
Ogarnij się powiedziałem sam do siebie w myślach, jakbym pragnął dodać sobie pewności siebie, która nagle wyparowała w szybkim tempie.
- Przysiądźcie się do nas - zaproponowała gospodyni imprezy, wyciągając w naszą stronę dwa plastikowe kubki z piwem. Obawiałem się tylko, by przypadkiem ręce Ashtona nie dotknęły jej dłoni, bo biedaczek mógłby zemdleć, więc wziąłem oba kubki i jeden mu podałem. Posłał mi spojrzenie kogoś, komu właśnie przejechałem psa. Wzruszyłem ramionami, telepatycznie próbując przekazać mentalne przepraszam. Chociaż wcale nie było mi przykro.
Z miną pokrzywdzonego dziecka Ash usiadł obok chłopaka, którego imienia nie mogłem sobie przypomnieć, w taki sposób, że idealnie naprzeciw siedziała królewna Chelsea. Wybór miejsca do siedzenia ominął mnie, bo tajemnicza dziewczyna ze stacji przesunęła się, robiąc mi miejsce.
Przysiadłem na ławce zrobionej z przeciętego na pół pnia drzewa i nie wiedząc, co mam ze sobą zrobić, pociągnąłem łyk piwa.
Noc przejmowała władzę nad dniem i zmrok zapadał szybciej, niż przypuszczałem.
Jasna łuna biła od ogniska, delikatnie ogrzewając odsłonięte części ciała, co odczuwałem jako bardzo przyjemne.
Dziewczyna, która siedziała obok nieznajomej, poszła gdzieś w stronę jeziora, gdzie, jak się domyśliłem, w najlepsze trwała gra pod tytułem: Upiję się, wskoczę do wody, chociaż mógłbym złamać sobie kark, ale pokażę, jaki ze mnie zawodnik, a tymi zawodnikami była zapewne szkolna drużyna futbolowa. Osobiście ich nie znałem, ale Ashton lubił opisywać ich jak dzikie małpy wypuszczone z zoo. Ten opis mi wystarczał.
Rozejrzałem się wokół i zorientowałem się, że od reszty osób odgradza nas dym z ogniska pomieszany z dziwną nocną mgiełką.
- Uhm... - zacząłem niezbyt inteligentnie.
Czasami naprawdę żałowałem, że przez fakt posiadania kutasa dziewczyny oczekują od facetów rozpoczynania rozmowy. Szczególnie od takich, którzy nie potrafią tego robić (czyt. Calum Hood).
- Spytałabym, jak się nazywasz, ale to już wiem - dziewczyna przejęła ode mnie odpowiedzialność podtrzymania konwersacji.
- Skąd...a no tak, plakietka z imieniem. Aż dziwne, że zapamiętałaś.
Odważyłem się na nią spojrzeć dłużej niż sekundę i zauważyłem, jak ładnie wyglądają złote pasma światła w jej brązowych włosach.
- Za to ja nie mam pojęcia, jak ty się nazywasz, Waniliowa dziewczyno - uśmiechnąłem się, a kąciki jej ust nieznacznie się uniosły, gdy siedziała zapatrzona w ogień.
- Scarlett - spojrzała nagle wprost na mnie, a potem spuściła wzrok i dodała - ale możesz mówić na mnie Scar, Car albo jakkolwiek chcesz, to tylko imię.
- Mi pasuje - przytaknąłem krótko, ciągle słysząc, jak wypowiada swoje imię.
- Czekam na pytanie, które powinno się pojawić - powiedziała, patrząc na mnie wyczekująco.
Kiedy uniosłem brew, nie mając pojęcia, o co jej chodzi, ona przewróciła oczami zniecierpliwiona.
- Kim jesteś? Co tu robisz? Skąd jesteś? Czemu tu przyjechałaś? - dała mi wskazówki, dolewając sobie piwa.
- No więc, kim jesteś i co tu robisz, Scar? - zapytałem, akcentując jej imię.
- Odpowiedź na oba te pytania i wszystkie inne brzmi: nie wiem i szczerze, mam nadzieję, że niebawem coś mnie oświeci.
Przerwała na kilka dłuższych chwil i po prostu obserwowała płomienie, które lekko zaczęły już przygasać, jednak nadal poruszały się dość żywo, podsycane co jakiś czas kolejnymi kroplami piwa lub innego alkoholu, który skapywał z kubków nieuważnych uczestników imprezy.
- A kim jesteś ty, tajemniczy Calumie? - przerwała ciszę.
- Ostatnio mam wrażenie, że nikim - odparłem, wypijając ostatni łyk piwa z plastikowego kubka, który zgniotłem w dłoni, może trochę zbyt gwałtownie.
- Hej! - zaoponowała nieco podniesionym głosem. - Wcale nie jesteś nikim. Na przykład od kilku minut jesteś znajomym Scarlett i jeśli to jest dla ciebie nic, to będę bardzo urażona.
Zrobiła podkówkę z ust, próbując wyglądać jak smutny szczeniaczek i nie potrafiłem się nie roześmiać.
- Scarlett, jesteś pijana - stwierdziłem po chwili.
- Ja? Nie - czknęła - no co ty.
Pokręciła ze śmiechem głową.
- Nie pozwolę upić ci się bardziej - powiedziałem zdecydowanym tonem.
- Dlaczego? - zapytała zdziwiona, a ja miałem chwilę na przemyślenie swojej odpowiedzi, a w końcu powiedziałem, że po prostu to, co pomyślałem.
- Bo wtedy nie będziesz pamiętać, że w ogóle się poznaliśmy, a na to nie mogę sobie pozwolić.
Scar spojrzała na mnie i o dziwo jej wzrok wydawał się być bardziej przytomny niż ona sama w tamtym momencie.
Wstałem i rozejrzałem się, ale podczas, gdy ja byłem zajęty rozmową ze Scarlett, inni, którzy siedzieli z nami, jakby zniknęli.
Cudownie.
Zresztą, prawdopodobnie byli w podobnym stanie jak moja nowa towarzyszka, więc i tak na nie na wiele by się zdali.
Do centrum mieliśmy jakieś pół godziny na piechotę, ale nie chciałem tego robić, bo Scarlett nieźle się chwiała, a kierowcy o tej porze nie bali się docisnąć pedału gazu.
Pomyślałem o Ashtonie, ale koniec końców, był dorosły i nie zamierzałem bawić się w jego niańkę. Jedna pijana osoba to i tak było dla mnie za dużo, ale coś mówiło mi, że nie mogę tak po prostu zostawić tutaj Scarlett.
Och Calum, jakiś ty wielkoduszny powiedział jeden z głosów w mojej głowie, po czym drugi dodał: Wielkoduszny? Raczej idiota.
W takich sytuacjach jak ta, byłem zły na siebie za brak prawa jazdy. Jednak, gdy pomyślałem o samochodzie, w tym samym momencie pojawił się pomysł, który wydawał się jedynym możliwym wyjściem.
Wyjąłem z kieszeni telefon i miałem nadzieję, że osoba, do której próbowałem się dodzwonić, jeszcze nie śpi.
- Halo? - odezwał się głos po drugiej stronie.
- Rose? Potrzebuję przysługi.



Scarlet zasnęła na tylnym siedzeniu minivana Rose, gdy jechaliśmy w stronę mojego mieszkania. Siedziałem obok naszego kierowcy i nie miałem pojęcia, co oznacza tajemniczy uśmiech na jej twarzy. Jakby wiedziała coś, czego nie wiedziałem ja i najwyraźniej nie zamierzała mnie oświecić.
- Dziękuję Rose - odezwałem się cicho, próbując nie budzić Scarlett, która chyba i tak zasnęła tak mocno, że nawet syreny alarmowe nie zdołałyby jej obudzić.
- Nie ma za co. A więc...poznaliście się?
Spojrzałem na nią pytającym wzrokiem, a ona szybko przeszła z dociekliwego tonu pełnego zainteresowania, do zwykłej ciekawości.
- To znaczy, to twoja jakaś nowa dziewczyna? - powiedziała jakby od niechcenia.
- Mhm - odparłem, znaczy, nie wiem. Nie. Mam wrażenie, że...
- Tak? - Rose zwróciła wzrok w moją stronę, a ja poczułem się, jakby zaglądała w głąb mojej duszy i wiedziała o mnie więcej, niż ja sam.
- Mam wrażenie, że znam ją od dłuższego czasu, mimo że dopiero dziś się poznaliśmy. Znaczy dziś oficjalnie. Ugh, to dłuższa historia.
- I na pewno może poczekać do rana. Jesteśmy na miejscu - powiedziała Rose, a ja dziękowałem jej w duchu, że nie drążyła tematu, chociaż wyraźnie miała takie chęci.
Byłem zbyt zmęczony na opowieści.
Wysiedliśmy z samochodu i delikatnie przebudziliśmy Scarlett, bo nie byłem aż tak romantyczny (i silny), by ją nieść.
Podziękowałem tylko jeszcze raz Rose i zacząłem iść w stronę wejścia do budynku ze Scar uczepioną mojego ramienia. Powoli wchodziliśmy razem po schodach, aż dotarliśmy na ostatnie piętro, a ja otworzyłem drzwi do mieszkania.
Zapaliłem lampkę stojącą na stoliku obok wieszaka na kurtki i delikatnie pokierowałem Scarlett w stronę sypialni, czyli części loftu z łóżkiem.
Dziewczyna opadła na materac niemal bezwładnie. Postanowiłem jedynie zdjąć jej buty i zaraz po tym przytuliła się do jednej z poduszek, przyciągając ją do siebie i momentalnie zapadła w głęboki sen, który, miałem nadzieję, powinien obfitować w jednorożce, tęcze i inne kolorowe gówno, odciągające nas od rzeczywistości.
Szybkim krokiem przeszedłem do drugiej części pokoju, powiesiłem kurtkę na wieszaku i zdjąłem buty. Zbyt zmęczony, by zrobić cokolwiek innego, położyłem się na niewielkiej sofie, która przypominała raczej duży fotel i gdyby nie fakt, że byłem tak strasznie wykończony, prawdopodobnie nie byłbym w stanie zasnąć.
Myśląc o znajomo nieznajomej dziewczynie leżącej w moim łóżku powoli pogrążałem się w świecie snu i minutę później zamknąłem w końcu oczy.




Ani Calum, ani Scarlett nie mogli słyszeć, jak Rose, siedząc w minivanie i obserwując gasnące w końcu nikłe światło na ostatnim piętrze kamienicy, rozmawiała z kimś przez telefon.
- A nie mówiłam - uśmiechnęła się. - Potrafię jeszcze wyczuć, gdy dwoje młodych ludzi zaczyna łączyć coś niepowtarzalnego. Wspomnisz moje słowa. Oni jeszcze namieszają.




Kolejny rozdział za nami, jak zwykle mam nadzieję, że wam się podobało, a jak podobało to zostawcie jakiś ślad po sobie, będzie mi niesamowicie miło.
Cieszę się, że jest was troszkę więcej niż na początku, może w jakiejś dalekiej przyszłości ta liczba jeszcze się powiększy. Każda opinia, każdy komentarz cieszy mnie bardziej niż duża pizza, a uwierzcie, że pizza naprawdę daje mi szczęście.

M. (@irwinflex)    



Czytelnicy